Fietz wiedział że ma do czynienia z prawdziwym potworem. Był ostrzegany, ale wtedy się nie przejmował, wierzył w swoje umiejętności. Teraz mimo zblazowanej pozy dosłownie ociekał potem. Nie bał się tak nawet wtedy, gdy podczas noclegu wśród ruin, deski podłogi nie wytrzymały jego ciężaru i runął do ciemnej piwnicy. Nie bał się tak nawet wtedy, gdy okazało się, że piwnica ma swojego właściciela, w dodatku zmutowanego i bardzo głodnego a Fietz do swojej obrony miał tylko złamany szpadel.
W porównaniu do dnia dzisiejszego to była sytuacja wręcz luksusowa. Mimo, że wtedy miał na sobie podarte dżinsy a teraz wypożyczony za ostatnie gamble garnitur.
Ale Fietz nie poddawał się łatwo. W sumie to nie poddał się nigdy. Dlatego wciąż żył, a nie każdemu udaje się taka sztuka.
Rozluźnił krawat i kontynuował swoją przemowę.
Potwór był niewzruszony. Trzymał papierosa w ciężkiej od pierścieni dłoni i patrzył ze znudzonym wyrazem twarzy. Fietz brnął dalej, za daleko zaszedł teraz się wycofywać.
- Ostatnia scena: widoczna z daleka iglica stalowego szkieletu wieżowca górowała nad rozległym gruzowiskiem zamieszkałym przez szczury, maszyny i tyfus. Wielu byłoby w stanie dostrzec ostatnią zachowaną kondygnację biurowca. Mało kto byłby w stanie dostrzec mężczyznę siedzącego na biurowym fotelu, z czarnymi długimi włosami zaczesanymi do tyłu i cygarem wystającym z ust. Nikt zapewne nie byłby w stanie dostrzec dziury w jego głowie i dymiącego rewolweru trzymanego przez kobietę, która właśnie położyła na ciele mężczyzny pożółkłą, zmurszałą gazetę. Wydawała się zadowolona, jakby zamykała ważny rozdział życia, choć w jej oczach pojawiły się łzy. Ale tego na pewno już nikt nie dostrzegł - gestykulował, udawał morderczynię, trupa i fotel w zależności od potrzeby chwili. Był na fali. Odpowiedzią była chmura tytoniowego dymu. Postać w groteskowym stroju ze skóry, ćwieków i kolorowych piór siedziała niewzruszona.
- Potem już tylko napisy końcowe ... co ja mówię kurtyna! - zdenerwowanie zepsuło Fietzowy końcówkę przemowy i omal nie pogrzebało jego nadziei całkowicie.
Charlston, okrutny pogromca młodych talentów, pożeracz ich dusz, prześladowca prawdziwych artystów w tym regionie Zasranych Stanów był nieprzenikniony. Jak kamienne twarze martwych prezydentów wykute w skale. Zgasił papierosa w ozdobnej, białej popielnicy i przekrzywił swoją policyjną czapkę ani razu nie zaszczycając Fietza spojrzeniem. Autor jedynych musicali jakie powstały po apokalipsie, dramaturg i choreograf, którego jedynym przekleństwem było to, że urodził się sto lat za późno był także wytrawnym krytykiem. Bezwzględnym i okrutnym. Nie bez powodu nazywano go potworem. Ale potrafił dostrzec prawdziwy talent. Był także dyrektorem jedynego teatru w stanach który regularnie wystawiał sztuki, a to w dobie mutantów, chorób i morderczych maszyn było nie lada wyczynem.
Rozległ się brzęk łańcucha. Łańcuch był połączony z obrożą zdominowanego niewolnika w skórzanej masce. Zamek błyskawiczny w miejscu ust połyskiwał w parodii uśmiechu jednak Fietza martwił rozmiar bicepsów zdominowanego mężczyzny. Nie miał imienia ale mówiono na niego Winda. Jeśli dodać do tego, że biuro Charlstona było na 3 piętrze dawało to dużo do myślenia.
Potwór podniósł się z eleganckiego, skórzanego fotela i podszedł do okna. Całe wnętrze było pełne wyszukanych mebli, niby żaden problem - każdy może wygrzebać sobie takie w dzielnicy bogatych, ale odnowić je i utrzymywać w dobrym stanie - to wyraźny objaw tego, że nie ma się co robić z gamblami.
Charlston skinął ręką a Fietz, chociaż przeklinał się za to w duchu, posłusznie podszedł.
- Jak myślisz co my robimy ? Tutaj w Denver, kilka godzin drogi od stalowego dupska Molocha ? - głos potwora był łagodny, ale treść wypowiedzi już nie.
Podchwytliwe pytanie. Fietz tylko przełknął.
- Jak myślisz dlaczego wystawiamy dzieła Szekspira ? Po co musicale ? Koncerty ? Denverska Rozgłośnia ? - kolejne miażdżące pytania
- Coś jak orkiestra na Tytaniku, gra się do końca ? - kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Ostatnia szansa na dobre wrażenie i Fietz się jej kurczowo uchwycił.
- Znasz historię Tytanika czy byłeś w naszym kinie ? - nikt rozsądny nie postawiłby na to złamanego gambla, ale możliwe jest, że twarz Charlstona rozjaśnił krótki uśmiech.
- Trochę słyszałem, coś nawet czytałem i byłem w kinie. Wiele razy. Widziałem już wszystko. Niektóre filmy po dwa razy. Ale oczywiście byłem na wielu premierach i przy goleniu gwiżdżę melodię z finału "Good bye Moloch"
- Oczywiście - jeden wyraz zawierał tyle złośliwości, że jej ciężar przygniótł Fietza do podłogi. Ale to nie był koniec kwestii potwora w tej scenie
- Widzisz my tu walczymy o kulturę. Bo to kultura odróżnia nas od zwierząt. Wiec skoro jesteśmy ludźmi, to po upadku sztuki zostaniemy zrównani do poziomu zwierząt. Niby prosta logika ale czy nadążasz za moim tokiem myślenia ?
Fietz tylko skinął głową, bał się przerywać.
- To nieustająca walka, bo człowiek (jako gatunek i jako jednostka) ma predyspozycje do bycia zwykłym bydlęciem. Stoimy na linii frontu a stawką jest jakiś kawałek człowieczeństwa. Czy chciałbyś być żołnierzem w tej wojnie ?
Fietz wyczuwał pułapkę, to wszystko szło zbyt gładko.
- Oczywiście, proszę pana, jestem gotowy poświęcić ...
- Zamknij się. To było pytanie retoryczne. Żeby uniknąć bolesnych niedomówień - nie jesteś prawdziwym artystą. Na pewno nie na miarę na przykład Bianchiego (w czwartek będzie koncert tej Szalonej Włoskiej Trąbki w Arkadii) czy Jamesa Valdorta (ach, cóż za aktor, jaka szkoda, że Hollywood upadło tak nagle) czy Waldiego Schmerzera (jaka szkoda, że tak gardzi baletem). Człowieczku, wystarczy krótka chwila i wiesz, że masz do czynienia ze sztuką. Co ja mówię, ze Sztuką!. Czujesz, że ci ludzie są tak blisko Absolutu jak to tylko możliwe i masz możliwość odczucia chociaż echa tego stanu obcując z ich dziełami. Możesz nawet dostrzec na moment samego Najwyższego. Taka jest moja definicja słowa sztuka.
Zapadła cisza. Z gatunku tych ciężkich, duszących. Fietz nie mógł drgnąć. Czuł się jak mysz patrząca w ślepia węża. Zdradziecka kropla potu ściekła z nosa i rozbiła się o podłogę z donośnym plaśnięciem. Potwór przez nieświadomych zagrożenia nazywany Charlstonem nie zamierzał przestać.
- Twoje dzieło to totalne gówno. Tak naprawdę jest niewarte mojego czasu .
Fietz usłyszał brzęk łańcucha za plecami i słowa obrony zamarły mu w gardle.
- Z drugiej strony to straszne gówno. Godne najczarniejszych lat naszej amerykańskiej kinematografii. Gdybyś przyjechał do LA przed apokalipsą, to kto wie, miałbyś szansę się wybić bo twoje gówno jest bardziej gówniane niż jakiekolwiek inne. Spójrz przez okno jeszcze raz. Tam chodzą nasi klienci. Pijacy i ćpuny. Żołnierze, dilerzy, górnicy, motocykliści, nafciarze, dziwki. Niezbyt wyszukane towarzystwo o niezbyt wyszukanych gustach. I oni potrzebują takiego gówna bo nie są w stanie zrozumieć Otella a na West Side Strory chodzą popatrzeć na falujące cycki Lindy Ryder. Takie czasy. Ale chyba nigdy nie było inaczej. A interes musi się kręcić.
- Jestem przyjęty ? - Fietz starał się nie poddać uczuciu euforii, jak się okazało - słusznie.
- Tak. Ale musisz popracować nad tekstem, myślisz zbyt kinowo, a to jest teatr. Myśl scenami nie ujęciami. Nie szalej ze scenografią bo to deficytowy towar. Przejrzyj magazyn i coś dobierz. No i dodaj coś dla klientów, przydałby się jakiś gwałt na głównej bohaterce. Pomyśl, może jakaś zasadzka mutantów i w najlepszym momencie (jak samce się poślinią a kobiety rozmarzą) wejście kawalerii. Zamień tą nijaką gwardię obywatelską na naszych żołnierzy. Koniecznie pochwal generała MacCunnighama. Jak włożysz patriotyczne gadki w usta postaci to postaram się o dofinansowanie z Armii. Moja prywatna rada. Kapitan nie może być homoseksualistą. Wiesz to tolerancyjne miasto ale wojskowi ci nie wybaczą. Zaczniesz od dziś. Przenieś swoje graty, w recepcji pokażą ci pokój. Jutro, szósta rano chcę mieć poprawiony tekst.
- Oczywiście, ale ...
- Panie Fietz czy ja coś słyszałem o gotowości do poświęceń wobec sztuki ? Stracony czas to stracone gamble, panie scenarzysto. Proszę nie tracić swojej szansy w Denver, jednym z niewielu miejsc w Zasranych Stanach, gdzie artysta może godnie wyżyć ze swojej twórczości. Do dzieła.
Kolejna linia frontu
- Odsłon: 384

hehe smieszna sprawa
hehe smieszna sprawa, bo piszę podobne opowiadanie (tyle, że o filmie, a nie sztuce) i to juz od pierwszej rundy i nie umiem go skończyć. Mam nadzieję, ze się mi uda w końcu, nawet jak nie na neuromachię to po prostu dla siebie ;)
Co powiedzieć o tym, hmm krótkie, niby z jakimś przesłaniem (upadek kultury i sztuki w kinematograifii/teatrze amerykańskiej po nuklearnym holocauście), ale tak naprawdę nie wiadomo za bardzo o co chodzi, bardziej przypomina "ramkę" niż pełną wersję opowiadania. Chociaż sam pomysł bardzo fajny, świetny motyw po prostu. Motyw z Windą, potworem i generalnie każdym elementem zuepłnie nie rozwinięty. Zaznaczone jedynie, że są - jak w opisie obrazu. Wiem, ze nie trzeba pisać jak Pastor 80 stron by pisać dobrze i ciekawie, ale troche dłuższe by być mogło, bo się zapowiada interesująco. Dialogi poprawne, naturalne, ale bez poltu o jaki bym cię podejżewał, po trzecim razie słowo "gówno" aż prosi się by zastąpiono je chociaż bobkiem. Wiem, że potrafisz robić dobre teksty wiec ten nie zachwyca, tylko po przez porównanie. Gdyby nie ono to ocenił bym je jako dobre, fajne, ciekawe itp. Ale nie mogę ze zwględu na Ciebie Tomakonie, potrafisz lepiej.
wybacz, że tak krytycznie, ale naprawdę czekałem na coś mocniejszego, a dostałem małe bezalkoholowe - niby wygląda jak piwo i smakuje jak piwo, ale się nim nie nawalisz. Bez mocy i za mało.
jeden z lepszych...
Dla mnie jeden z lepszych tekstów Neuromachii, idealnie wpisujący się w klimat Denver. Tomakon uderzył sprawnie i celnie, pojechał po całości, nadał zwykłemu tekstowi na konkurs sporo większy sens. Można było ciut lepiej, można by zapewne parę rzeczy poprawić, ale nie o to chodzi. Pomysł świetny, wrzucenie Migawki na początku błyskotliwe. Szkoda, że ten tekst nie przyszedł w terminie rundy bo mógłby sporo namieszać, a tak dostał jedynie noty najwyższe z pozostałych wolnych.
rewelacja
Jeden z lepszych tekstów jakie tutaj czytałem.
\m/
Heh...fatum jakieś...ja też myśląc o tej migawce wyobrażałem sobie teatr/kino/fragment czytanej książki...po prostu migawka jest dość trudna...albo leziesz po linii prostej jak husarz i walisz tekst o płatnej zabójczyni + zdradzonej kochance albo nieźle kombinujesz. Ale takie migawki cenie, bo stymulują do szukania oryginalności. Teraz co do tekstu to dla mnie gruba czwóreczka z plusem. Klimat rewelacyjny. Poruszono ważne aspekty świata NS - Kulturę materialną i niematerialną. Takie smaczki zdecydowanie dodają polotu i realności. Tekst jest inspirujący ale niestety nie wolny od wad. Zdecydowanie dużo powtórzeń i czasami odniosłem wrażenie zbyt bogatego opisu, który wtłacza się swym nadmiarem i nie pozwala odpowiednio wyobrazić sobie czytanego tekstu. Gdyby go trochę doszlifować to w zachwycie wydrukowałbym go sobie i uczył się w wolnych chwilach na pamięć :D Gratuluje pomysłowości i wykonania. Czekam na więcej drogi Tomakonie :D
Dodaj nową odpowiedź