Hamond popatrzył w dal za odchodzącym w stronę zachodzącego słońca mężczyzną. Gdy zniknął za kolejnym wzniesieniem odwrócił się.
- Kapitanie. Wciąż nie jestem pewny czy to dobry pomysł puszczać tak tę łasicę. Wolałbym mieć go na oku do końca akcji.
Mężczyzna nazwany kapitanem, uśmiechnął się i poklepał pytającego przyjacielsko.
- Nie bójcie się sierżancie. Miał nas tylko tu doprowadzić. Mnie też się nie podobał, wyglądał na Hienę, ale tu się nie obłowi.
- I tak wystawię dziś podwójną wartę.
- Bardzo dobrze Jack. Weź drużynę pierwszą i drugą, niech rozbiją obóz i jeszcze raz przeszukają teren. Trójka zajmie się sprzątaniem tego złomu.
- Tak jest kapitanie!
Sierżant Jack McMayers szybkim marszem wkroczył pomiędzy żołnierzy i wykrzykując rozkazy rozdysponował zadania. Drużyna trzecia – technicy – zaczęła rozkręcać leżące wszędzie wokół maszyny i zbierać sprzęt martwych.
- Kapitanie! Mamy problem.
- O co chodzi sierżancie?
- Znaleźliśmy jeszcze kilku za tamtym wzniesieniem. Musieli oberwać, widocznie chcieli się wycofać i ukryć. Są martwi.
- Więc w czym problem?
- To nie my ich załatwiliśmy kapitanie. Mieli poderżnięte gardła i wymontowane części.
- A to skurwysyn. Więc jednak okazał się hieną. Trudno. Za trzy dni musimy być już w Coffin. Idźcie spać. Jeszcze tylko kilka godzin do świtu.
- Kapitanie. Ten gnojek nie zdążył wymontować wszystkiego. Pozostałe części były wyraźnie oznakowane. Podejrzewam, że te, które zabrał również.
- Niech go wszyscy diabli. Pewnie będzie chciał to opchnąć. Jak ktoś zaczai oznaczenia…
- Zaczną się pytania…
- I dotrą do nas. Nie możemy tego tak zostawić. Niestety termin nas goni, więc nie możemy ruszyć wszyscy. Wyślij paru chłopców za nim.
- Sir. Za pozwoleniem. Najlepiej będzie, jeśli ruszę sam. Nie możemy osłabiać kolumny. Wezmę motor i najdalej po jutrze was dogonię. Gdyby mi się nie udało wcześniej powiecie, że zostawiliście mnie na jakiś czas z tyłu na czuja.
Po spękanym asfalcie kroczył powoli człowiek w starej, wytartej kamizelce wojskowej. Zza zgarbionych pleców wystawała lufa niespotykanego i wyglądającego na samoróbkę sztucera. Twarz miał częściowo schowaną za goglami o oliwkowych szkłach. Dookoła głowy powiewały rzadkie kosmyki długich, szarych włosów, choć czaszkę miał prawie łysą. W rękach trzymał przewiązany w pasie kabel, na końcu którego zgrzytała i brzęczała sterta ciągniętych po ziemi i związanych ze sobą elektronicznych części, zdobytych na maszynach Molocha. Szedł powoli, krok po kroku, w stronę lśniącej w oddali osady. Słyszał niesione z wiatrem, niewyraźne odgłosy żyjącego miasteczka, pracujących i bawiących się mieszkańców. W promieniach zachodzącego słońca spostrzegł w końcu dużego osobnika o potężnych ramionach, okutego w stalowy pancerz, który zdaje się czekał na niego. Gdy spotkali się kilkadziesiąt kroków od osady, wędrowiec puścił kabel ze swoim dobytkiem i wyciągnął rękę na powitanie. Dłoń opancerzonego zacisnęła się na jego prawicy z siłą stali.
- Witaj sierżancie McMayers. Cóż za spotkanie – zaczął nie pewnie łysiejący mężczyzna.
- Witaj Hops. Co to za części?
- To? Jakieś tam graty sierżancie. Nic specjalnego.
- Pokaż – głos McMayersa był zimny jak stal.
- Naprawdę nic ciekawego…. Ał! – Opancerzona dłoń zacisnęła się mocniej na ręce Hopsa – to boli!
- Pokazuj części. – rozkazał nadal spokojnym tonem sierżant.
- Masz! Weź je sobie. Cholera, zabrałem je tym trupom. Weź je tylko mnie zostaw!
Sierżant Jack McMayers puścił rękę złodzieja. Sięgnął za pasek. Jednym płynnym ruchem wyciągnął pistolet, przyłożył go do głowy Hopsa i wypalił. Ciał opadło bezwładnie do tyłu. Opancerzony mężczyzna schylił się by obejrzeć części. Wszystkie nosiły wyraźne oznaczenia Posterunku. Na szczęście są wszystkie. Nie chciał myśleć, co by się stało gdyby ktoś dowiedział się o tym zajściu. Spakował części i ruszył do swojego motoru. Jeszcze długa droga do kwatery dowództwa. Lepiej się nie spóźnić.
Pluton Siódmy
Nazwa: Pluton Siódmy
Przywódca: Kapitan Mark Hamond, zastępca; sierżant Jack McMayers
Miejsce: Front, terytorium działań Posterunku
Liczba członków: 30-50
Uzbrojenie: bardzo dobre
Wyposażenie: bardzo dobre
Animozje i sojusze: powszechnie szanowani, przynależność wiąże się ze sporym prestiżem
Wstęp: rekrutów selekcjonuje kapitan lub sierżant spośród żołnierzy Posterunku, z rzadka ludzie z „zewnątrz” i to tylko Technicy
Sława: 3
Pluton siódmy to elitarny oddział żołnierzy Posterunku dowodzony przez Kapitana Marka Hamonda. Nazywają ich „Sprzątaczami”, bo jak się robi burdel to oni wkraczają i sprzątają. Rzeczywiście większość misji „siódemki” polega na przybyciu na dogasające pole bitwy, dobicie wroga, odzyskanie sprzętu i w miarę możliwości ludzi. W miarę, bo zazwyczaj ogranicza się to do celnego strzału między oczy. Czasami zdarza się, że maszynkom uda się porwać jakiegoś wartościowego żołnierza, czy dowódcę, wtedy chłopcy Hamonda ruszają do akcji. Nikt przecież nie chce zostać elementem mobsprzętu. A już zupełnie nikt nie chce, żeby w napotkanym Jaggernaucie siedział podpięty człowiek znający dokładnie taktykę i strategie Posterunku. Inne popularne zadania tej grupy to organizowanie zasadzek na maszyny Molocha. Na swoim koncie mają największą liczbę złapanych maszynek. Nie rozbebeszonych na części zamienne, ale w pełni sprawnych jednostek, na których panowie w białych fartucha na tyłach Frontu robią crash testy. Są w tym naprawdę dobrzy. Opracowali setki sprytnych sztuczek, które od lat wykładane są rekrutom jako wirtuozeria fachu.
Pluton Siódmy niemal nigdy nie uczestniczy w bezpośrednich działaniach z pierwszej linii. Są po prostu za dobrzy i mają zbyt cenny sprzęt, żeby pozwolić sobie na ich stratę. Jeżeli znajdą się już w takiej sytuacji z pewnością będą starać się jak najszybciej zmienić starcie w walkę partyzancką. Bo do tego są stworzeni.
W skład „Siódemki” wchodzą trzy drużyny. Pierwsza – Rangersi – to żołnierze przeszkoleni w walce partyzanckiej. Zajmują się zwiadem, lokalizowaniem wroga, zakładaniem pułapek, podstępami, inwigilacją i całą resztą działań wojenny prowadzonych z ukrycia. Rangersi to najbardziej niezależna i najliczniejsza drużyna Plutonu Siódmego, dowodzona bezpośrednio przez weterana Sierżanta Jacka McMayersa. W czasie marszy osłaniają kolumnę rozproszeni po okolicy. Podczas zasadzek zawsze idą jako przynęta. Mają doskonałe wyposażenie. Noktowizory, czujniki, radary, maskowanie, namierzanie, materiały wybuchowe, broń snajperską, obezwładniającą i całą masę gadżetów i technologicznych cudeniek. Mając taką gamę bajerów aż się prosi żeby zabawić się w „kto kopnie Łowcę w dupę i ucieknie niezauważony”. Pewnie potrafiliby coś takiego zrobić, ale to zawodowcy. Działają z chirurgiczną precyzją, dokładnie oceniając szanse i zagrożenie, by przy minimalnych stratach osiągnąć jak największe zyski. Są niezwykle mobilni, poruszają się na motorach i szybkich lekkich łazikach. Oczywiście w czasie działań raczej się czołgają niż warczą silnikami.
Drużynę druga, tak zwane „Wsparcie”, stanowi tylko szóstka żołnierzy wraz z Kapitanem. Posiadają siedem pancerzy wspomaganych różnej klasy. To od nich wzięła się nazwa Plutonu. Pierwotnie Rangersi McMayersa byli osobnym oddziałem. Kiedy w innej formacji Hamond awansował do stopnia Kapitana sam poprosił o przeniesienie wraz ze swoją drużyną i połączenie z Rangersami. Tak zrodziła się „siódemka”.
Wsparcie działa zawsze na pierwszej linii. Jeśli dochodzi do bezpośredniego starcia to kapitan Hamond wraz ze swoimi chłopcami idą w największy ogień. Cała siódemka to weterani. Skład nie zmienił się od samego początku. Są naprawdę nieźli. Właściwie tylko raz utracili jeden z pancerzy. Żołnierza udało się cudem uratować. Szychy Posterunku zasponsorowały mu nowy pancerzyk i kulasy. Teraz kapral O’Conors, bo o nim mowa, jest niemal cyborgiem, ale nie dość, że nie przeszkadza mu w służbie to sprawiło, iż stał się jeszcze wydajniejszy. Od tamtego czasu Hamond zaczął rekrutować Techników. Zawsze było kilku wśród Rangersów, ale postanowił stworzyć trzecią drużynę składającą się z samych speców.
Wsparcie poza pancerzami nie ma za dużo sprzętu. Właściwie oni sami stanowią cuda techniki. Każdy, poza kapitanem, ma wbudowane jakieś modyfikacje. Jedne bardziej widoczne, jak u O’Conorsa, inni jakąś płytkę w głowie czy dodatkowy gruczoł koło nerek. Walczą niemal zawsze w bezpośrednim starciu. Na odległość wrogów załatwiają snajperzy Rangersów, ale kiedy wróg stuka do bram otwiera mu Wsparcie. A pierwszy kroczy kapitan i jego dwudziestoczterolufowy ciężki karabin maszynowy. Niejednemu Łowcy szczęka opadła na taki widok. Najpewniej zaraz potem traci ją dzięki niezawodnemu, prawemu prostemu kaprala O’Conorsa.
Trzecia drużyna to wspomniani już Technicy. Najmłodsza grupa „siódemki”. Zajmują się dbaniem o tę całą kupę sprzętu, jaką taszczą za sobą Rangersi i kosmetyką Wsparcia. A jest co robić, bo nic tak źle nie wpływa na delikatne styki cyborgizacji i pancerzy wspomaganych jak zapasy z Łowcą. Ale to specjaliści, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ci ludzie naprawdę znają się na robocie i razem stanowią niesamowity wręcz zespół. Nieraz dowództwo Posterunku chciało wycofać część Techników na tyły do pracowni i laboratoriów, ale sporo z nich nie jest żołnierzami Posterunku. Mają prywatny kontrakt z kapitanem Hamondem. Posterunek przymyka na to oko, bo darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Z resztą było już parę przypadków, że Hamond odsyłał któregoś ze speców na „zaplecze” z powodu ran, czy innych wewnętrznych spraw.
Technicy nie walczą. Wkraczają po bitwie i rozmontowują części, segregują sprzęt, prowadzą naprawy, konserwacje i wszystkie te techniczne rzeczy, jakie trzeba zrobić. Po godzinach wymyślają różne ciekawe zabawki dla Rangersów, a ci z radością je testują. Czasami modyfikują coś przy pancerzach. Zwykle Wsparcie podchodzi do tego z niewielkim entuzjazmem, zwłaszcza, jeśli któryś ze speców chce po prostu „pogrzebać” a nie wprowadzić jakieś konkretne zastosowanie. Dlatego też wśród Techników panuje takie małe współzawodnictwo, kto wymyśli lepszy patent dla Wsparcia i wprowadzi go w życie. Jako że Drużyna Trzecia ma niezbyt sztywno określone przywództwo, na drodze takiego „konkurs”, co jakiś czas ktoś nieoficjalnie staje się szefem. Bezpośrednie dowodzenia ma oczywiście Hamond, ewentualnie McMayers, ale ten ostatnie rzadko zajmuje się Technikami.
Jednak pełna chwały i zasług „siódemka” ma swoją ciemną stronę. Pluton cieszy się niespotykaną wręcz niezależnością jak na oddział Posterunku i wolność tą wykorzystują. Zdarza się, że sytuacja, do której zostali wysłani nie jest aż tak tragiczna jak by się wydawało. Czasami żołnierz potraktowany „kulą łaski” wcale nie był zagrożony przejęciem przez Molocha. Siódemka prowadzi niebezpieczną grę na krawędzi i to na dwa fronty. Dopuszczają do swoich działań prywatne porachunki. Nie można odmówić im zasług jednak wiele z nich opierają na swoim cudownym sprzęcie, który nie raz zdobyty został na żołnierzach z innych jednostek. Bywa, że kiedy wkraczają na pole bitwy zabijają wszystkich, po równo maszyny i ludzi. Kolekcjonując ekwipunek obu stron. Czasami załatwiają animozje z innymi żołnierzami posyłając zdradziecką kulę w plecy. Dlatego selekcja i rekrutacja do Plutonu jest taka rygorystyczna. Kapitan Mark Hamond ma przy sobie tylko zaufanych i sprawdzonych ludzi, którzy gotowi są oddać własne życie za powodzenie misji, ale też nie wahają się tego życia odebrać, gdy ktoś lub coś wchodzi w konflikt z interesami kapitana. Oczywiście cała ta działalność nie ma prawa wyjść na jaw, dlatego podejmują wszelkie środki by temu zaradzić. I wszelkie oznacza, naprawdę wszystkie, jakie są niezbędne by zachować tajemnicę. Z drugiej jednak strony nikt nie wie jak zareagowałoby dowództwo na wieść o ich „wyczynach”. Czy postawiliby cały Pluton przed sądem wojennym? Czy ważąc zyski i straty wynikające ze zniknięcia tak doborowej jednostki odwróciliby głowy? A jak zachowałaby się „siódemka”? Czy doszłoby do otwartego buntu i dezercji, czy poddaliby się procesowi? Na razie jednak do takiej sytuacji nie doszło. I może to lepiej. Posterunek potrzebuje bohaterów, symboli, efektów. A Pluton Siódmy to sami bohaterzy.

Poprawnie, choć...
Nie wiem, brakuje mi tu czegoś. Nie ma błysku i polotu, Pluton leci na odległość po prostu organizacją w Armii, nie ma tak naprawdę wiele w nim odkrywczych pomysłów. Jakby chociaż szef był szpiegiem Molocha albo co... Warsztatowo ok, wstęp niezły, opis spójny, dobra praca, ale mnie osobiście nie zachwyciła.
no może racja, chciałem
no może racja, chciałem opisać taką właśnie organizację wojskową, nie tylko od strony bohaterskiej, ale z tymi ciemnymi stronami, które jak dla mnie są po prostu wszedzie, w każdym człowieku ZSA. Takie czasy. Może mało odkrywcze, ale chciałem zaznaczyć to co teoretycznie jest oczywiste, za błyskiem orderów i sprężystymi salutami żyje pradziwy świat, gdzie liczy się zysk, gdzie kazdy dba o swoją skórę a nastawia się jej tylko jeśli ma się pewność, ze wyjdzie cało i jeszcze coś się uda na tym ugrać. Może niezbyt to odkrywcze, ale widac miałem potrzebę zaznaczenia tej znanej prawdy ;)
dzięki za koment, sorki za nie zachwycenia :)
\m/
Wreszcie w mojej komentarzowej krucjacie dotarłem do tego tekstu. Muszę przyznać że sporo jest tych tekstów na MH i skomentowanie wszystkich zajmie mi sporo czasu. No ale nic, jak postanowiłem, tak zrobię i pozwolę sobie zaapelować do moich drogich kolegów aby czynili podobnie przeglądając jakiś tekst. Nie trzeba się rozpisywać. Wystarczy nawet ze dwa lub trzy słowa. Wracając do tekstu:
Pomysł może nie jest super innowacyjny, ale Trip bardzo dobrze wykorzystał jego potencjał. Nie ma co prawda, jak już zauważył Bulkers - szału, ale to solidna pozycja. Podoba mi się ta ciemna, mafijna, strona oddziału i jego podział. Wreszcie zerwano z obrazkiem dumnych młodzieńców dzierżących karabin na tle powiewającej flagi, z których twarzy bije nieskończony patriotyzm, odwaga, roztropność i dobro - niczym na plakatach z III Rzeszy Zdecydowanie natomiast nie podoba mi się taka wyjątkowość jego wszystkich członków. Zbyt dużo cyborgizacji i dwudziestoczterolufowych cudeniek, które, proszę o wybaczenie, z technicznego punktu widzenia, z trudnością można by było zamontować nawet na podstawie gąsienicowej. Ot taki mały zgrzyt. Czytałem już kilka tekstów Tripa i muszę zauważyć niewielki spadek formy. Jak dla mnie za bardzo przypominają mi Bractwo Stali w Power Armorach. Dla mnie żołnierze na froncie to obsypani pustynnym kurzem desperaci. Coś a la obrazki z Wietnamu. Ale gdyby każdy tworzył teksty pod moje wyobrażenie, świat NS byłby nudny... na pewno ta organizacja znajdzie wielu zwolenników. To tyle.
Jak już pisałem wyżej,
Jak już pisałem wyżej, sorki za nie zachwycenie. Za duże lufy nie przepraszam, raz, ze nie jestem specjalnym specjalistą od broni, dwa, że lubie jak coś czasem wygląda i swieci od chromu, a nie koniecznie rzeczywiscie działa. Ale oczywiscie, jest to jakis zarzut który trzeba wziąść pod uwagę - bardziej maskować fajne bajery, pod kurzem realizmu ;)
Co do Braci Stali, czy jakkolwiek, niewiem juz który raz powtarzam, że autor nie wie co to i jeśli jest to z Falout to autor nigdy nie przeszedł tej gry. I jeśli naprawde jest z falouta to autor przejdzie kiedyś te grę bo ma kupe zarąbistych pomysłów które autor nieswiadomie wykorzystuje :)
Dzieki za koment.
PS: Tekst powyższy, właściwy, jest fragmentem większej liczby prac tematycznie związanych (mniej lub bardziej) z Hienami. Prace powinny się uzupełniać. Wiem, że jeszcze nie ma tych tekstów i pewnie długo nie będzie, ale zwracam uwagę gdyby ktoś chciał doszukac sie tych powiązań. Wyjasniają na przykład skąd bierze się duzo dobrego sprzętu w jednym miejscu na froncie. Oczywiscie moim zdaniem w mojej wizji ;)
Dodaj nową odpowiedź