I.
- Gazu. Gazu. - Jackomo straszliwie piszczał mi wprost do ucha. Krwawił a co gorsza krwawił na moją nową kurtkę. Najchętniej otworzyłbym drzwi i wywalił skurczybyka bez zwalniania, ale teraz nie było czasu na zabawy. No i H&K Jackoma mógł się jeszcze przydać.
- Jeśli dojedziemy do ruin to mamy szansę. Na Boga, Copper, nie opierdalaj się! Wyciśnij coś z tego grata! - Siekiera darł się na mnie z paki pick-up'a.
Tak. A myślicie, że co do kurwy nędzy robię. Gaz jest wbity w podłogę. Nawet jeśli będę po nim skakał to nie pojedziemy ani odrobinę szybciej. Dodge Ram i jego V8 robi co może. Paliwo jest gówniane - pół na pół z jakimś rozpuszczalnikiem - cud, że w ogóle jedziemy. No i zauważcie, że popylamy nie po międzystanówce, ale po dzikiej prerii i to z maksymalną prędkością. Górki, głazy, dziury i zdradliwe krzaczory - nieustający test refleksu dla kierowcy i sprawdzian możliwości wozu.
Jak rozwalę zawieszenie to jesteśmy martwi.
Cholerne dziwki z Hellcats nie będą się z nami cackać - zabiorą cały dobytek, przykują łańcuchami do motocykli i powleką kilka kilometrów przez pustynię. Kto przeżyje najdłużej odejdzie wolny. Oczywiście, o ile będzie mógł chodzić po takiej przejażdżce.
Tylko bez paniki. Szybkie spojrzenie w lusterko wsteczne - pieprzone feministki nie odpuszczają. Siedzą nam na ogonie - co prawda są jeszcze poza skutecznym zasięgiem ale nie oszczędzają amunicji. Grzeją ze wszystkiego co mają. Dookoła wciąż słychać świst pocisków.
Właśnie takim zabłąkanym draństwem oberwał Jockomo. Teraz próbuje założyć opatrunek, ale w takich warunkach i mając do dyspozycji tylko jedną rękę, nie wychodzi mu to zupełnie.
Siekiera wyraźnie się nudzi. Pierdolec, nawet sobie zapalił. Siedzi spokojnie, wyprostowany wśród latającego ołowiu i puszcza chmury dymu (dobry Boże, co on tam ćmi – nawet spaliny Dodge’a na tym oszukanym paliwie tak nie śmierdzą) demonstrując różne obraźliwe gesty.
Gdyby nie to, że paląc nie może grać na swojej harmonijce ustnej pewnie teraz zatruwałby okolice czymś innym - okrutnymi dźwiękami country. A gdyby akurat dziś jakoś szczególnie nienawidziłby świata to może i by zaśpiewał. Ale ogólnie jest w porządku. No, i ma jaja chłop. Trzeba przyznać. No, albo nie ma mózgu. Można obstawiać. Bookmacherzy dają 6:1 na niekorzyść mózgu.
Tylko Jane robi co należy - jej Garand aż się grzeje. Najlepszy strzelec w ekipie, nieważne co mówią samce. Jeden strzał - jeden trup. Nie przeszkadzają jej wyboje, kurz ani prędkość - przeładowuje, mierzy i bang. Kolejna diablica efektownie wykłada się w kurz. Lecz Jane ma jeszcze tylko garść kul. Potem zostanie jej pistolet i nóż. A jest kiepska w bezpośredniej walce.
Motocykle pokazują w trudnym terenie swoją przewagę nad czterema kółkami – Hellcats nieustannie skracają dzielący nas dystans. Nie jest dobrze.
By się wyrwać potrzebujemy cudu, może być nawet jakiś taki malutki. Byle szybko.
Siekiera skończył papierosa, pstryknął niedopałkiem w kierunku zmotoryzowanych dziwek z piekła rodem i podrapał się po zadzie. Znaczy się – myśli. Takie właśnie ma objawy – rozdziaw gębowy i drapanie się po dupsku. Ale sobie pizduś wybrał moment na rozmyślania.
W końcu wcisnął do kabiny swój kanciasty łeb z paskudnie zadowolonym wyrazem twarzy – takiej miny nie widziałem nawet, gdy w ramach wypłaty dostaliśmy tydzień darmowego pobytu w burdelu mamuśki Johnson. Coś ty tam sobie wymyślił chłopaku z Green Grass w Oklahomie?
Siekiera wyszczerzył swoje niekompletne uzębienie. Teraz zacząłem się bać.
- Mam GRANAT – w tym głosie można było wyczuć coś niezwykłego – facet wielkości buldożera cieszył się jak dziecko z nowego prezentu.
- Mogę? Mogę? Mogę? – aż go telepało z niecierpliwości.
Popatrzyliśmy na siebie z Jackomo – omal nie parsknąłem śmiechem, ale nie drażni się stutrzydziestokilowego dzieciaka z wielgaśnym toporem.
- Działaj.
Uśmiech Siekiery jeszcze się poszerzył - tak, że ledwo zmieścił się w lusterku.
Cuda się zdarzają codziennie. Tak przynajmniej twierdzą mieszkańcy Salt Lake City. Może coś w tym jest. Przynajmniej dzisiaj się z nimi zgodzę.
II.
Millescity. Przed wojną to było miasteczko Baptystów, potem mieszkali tu farmerzy ale i oni się wynieśli, gdy wyschła ostatnia studnia. Teraz nie zaglądają tutaj nawet mutki. Ot, kolejna martwa dziura jakich wiele w tej okolicy. Ale my dobrze znamy to miejsce – to tutaj wiele razy spotykaliśmy się ze szmuglerami i zwykłymi handlarzami, z informatorami, paserami, a raz nawet krawiec szył tutaj elegancką suknię dla Jane. Potrzebowała takiej na ślub siostry. Krawiec okazał się jakimś artystycznym awangardzistą i spędził pierwszą część wesela przypięty kajdankami do auta. Dopiero gdy okazało się, że suknia jest w porządku – czyli była obiektem zazdrości wszystkich kobiet na uroczystości, rozkuliśmy krawca i dobrze mu zapłaciliśmy. Dostał bryłę Tornado wielkości pięści. Może to i dużo, ale było warto. Impreza była nieziemska (meksykańskie conchitas, mocna wóda i dobre prochy to moje ulubione połączenie), a Jane ma tę suknię do dziś.
Millescity było świadkiem kilku udanych interesów, ale i totalnych wpadek zakończonych wymianą ognia. Jest tu taka „nasza” piwnica, a w niej kilka „naszych” trupów. Jak wszystko pójdzie dobrze to dziś dorzucimy tam kilka świeżych ciał. Albo już się stąd nie wydostaniemy. Nigdy.
Wjechaliśmy w ruiny ze sporym zapasem czasu. Granat trochę przerzedził szeregi Hellcats, lecz przede wszystkim dał nam dodatkowe metry przewagi. Sporo tych metrów.
Jechaliśmy główną ulicą a potem skręciłem w przecznicę. Kawałek na pełnym gazie. Hamulec ręczny. Zabawa z kierownicą i gotowe. Obróciłem auto o 180 stopni. Przodem w kierunku do dziwek pędzących na swych zdobionych kolcami maszynach.
- Zrobimy je jak chłopaków z RadRats. Będzie trudniej, tamtych było mniej, a wtedy był z nami Ramirez, ale musimy sobie poradzić. – u Jackoma, jak zwykle w takich chwilach zadziałał jakiś przełącznik pod czaszką i z napitego marudny przeradzał się w rasowego żołnierza. Planował i wydawał rozkazy. A co naprawdę ważne - nasza zgraja go słuchała. Nie mam pojęcia jak to robił.
Mimo zranionej ręki pomógł reszcie założyć pancerne płyty na moją kabinę. Dał Jane swojego H&K wraz z amunicją a spod płaszcza wyciągnął uzi. Zapasówka. No co, przecież nic nie mówię – takie czasy, że albo jesteś przygotowany albo martwy. Zamontowałem w Dodge’u wypełnione koła, jednak zawsze wożę dodatkowe dwa, właśnie tak, na wszelki wypadek.
Jest jeszcze kasetka pana Casiusa. To przez nią my tu jesteśmy. To przez nią są tu pewnie Hellcats. Szalone dziewczyny potrzebują paliwa, amunicji, a przede wszystkimi prochów, więc pracują dla Scagnozziego. Taki lokalny mafiozo, ale co tu dużo gadać – smutny złamas bez klasy i niegodny konkurent naszego pracodawcy. Inna sprawa, że ze Scagnozzim i jego rodziną mamy swoje własne zatargi. Podobno Jackomo wydymał prawie wszystkie jego siostrzenice (co może być prawdą), Jane przestrzeliła nadgarstki jego kuzynowi (też brzmi prawdziwie), bo podobno się do niej dobierał, głupek. Siekiera chwali się tym, że podpierdolił mu stado – całe 200 zdrowych krów, które miały iść na wymianę za prochy z Vegas i sprzedał na jego własnym rynku w Almedo dodatkowo psując mu jeszcze ceny. No cóż, w naszej bandzie nikt nie zna się na krowach lepiej niż Siekiera, ale jak zaczął mówić o dumpingu, zmowach handlowców, procentach składanych, popycie i podaży oraz innych takich duperelach to zwątpiliśmy. Siekiera kradnący krowy – jasna sprawa, ale Siekiera rozprawiający o mechanizmach wolnego rynku to nie jest coś naturalnego, ani tym bardziej zdrowego.
A ja? No cóż, jakiś czas temu nie było innej roboty, więc woziłem pasażerów. Pewnego parszywego dnia musieliśmy uciekać przed głodnymi mutkami, a tu jak na złość bryka się spieprzyła i zaczęła tracić moc. Przy takim obciążeniu nie wjechałbym pod byle górkę. Więc wystawiłem frajerów na zewnątrz i samotnie nawiałem. Jestem uczciwy – zrobiliśmy pół trasy to oddałem im połowę gambli, które wydali za transport. Nie wiem czy mutasy ich dorwały i przerobiły na danie mięsne. Ale jednym z pasażerów był jakiś pociotek Scagnozziego.
I to podobno dlatego wyznaczył nagrodę za mój łeb – całe sto gambli w jedzeniu i lekach. Nie pękam – za tyle to nikt porządny nie będzie ganiał za mną po pustkowiach. Gdyby jednak pula podskoczyła do pięciu stówek to szybko zmieniłbym klimat na zdrowszy. Ale póki co mam inne zmartwienia.
Pościg Hellcats i kasetkę pana Casiusa.
Ta kasetka to prawie trzydzieści kilogramów różnych technologii aby zapewnić skrytemu we wnętrzu towarowi zabezpieczenie przed ostrzałem, ogniem, uderzeniem pioruna, zalaniem kwasem czy bandą obwiesi z wytrychami lub palnikami. Małe przedwojenne cudeńko ze Szwajcarii. Sama w sobie warta mnóstwo gambli. To co może kryć się w środku? Co może być tak cenne i delikatne, by tak to chronić?
Zwłaszcza, że kasetka nie jest duża i jej pojemność nie rzuca na kolana.
Siekiera załadował ją w swój wojskowy plecak. Pilnuj jej dobrze chłopie, bo bez niej jesteśmy zimni i martwi, a pan Casius rozplanuje naszą śmierć na wiele bolesnych godzin. Jeśli nie dni.
Ekipa rozbiegła się i po chwili znikli w ruinach. Obserwowałem to przez wąskie wizjery wycięte w grubych, stalowych płytach. Wewnątrz jestem bezpieczny jak żółw. I to bardzo szybki żółw.
No chyba, że dziwki mają na wyposażeniu jakąś ciężką zabawkę. Pewnie nie mają – skontrowałyby nas za numer z granatem albo przyszpiliły przed miastem – przecież miały kilka dogodnych momentów.
Sprawdziłem czy obrzyny są załadowane i czy Glock lekko wychodzi z olstra. Jeszcze tylko maska ochronna na twarz i jestem gotowy do walki.
Teraz pozostaje kilka chwil niepewności.
III.
Hellcats pojawiły się z rykiem silników i bojowymi okrzykami. Zanim na dobre wjechały w przecznicę i rozwinęły szyk wbiłem gaz w podłogę. Czułem się jak średniowieczny rycerz zakuty w zbroję i szarżujący do boju. Brakowało mi tylko szumu proporców. Ale za to koń nie wydaje takich ładnych dźwięków jak wzmocniony V8 amerykańskiej produkcji.
Koła chwilę zabuksowały wzbijając kłęby kurzu i już po chwili Dodge pędził w kierunku motocyklowego gangu popierdolonych i uzbrojonych kobiet. W kabinie rozległo się upiorne stacatto rykoszetujących pocisków.
Włączyłem sprzęt grający. Zaraz runą potężne dźwięki – niech przytłoczą moich wrogów do ziemi. Niech płaszczą się ze strachu, gdy moja czarna maszyna śmierci nadjeżdża.
Wagner. To jest klasa. Europejczyk. U nas nie robi się takiej muzyki.
Tymczasem z głośników popłynęły dźwięki banjo, harmonijki ustnej, skrzypiec i takiego czegoś co wkłada się w usta i robi piiing-pooong. Jakiś żałosny moczymorda śpiewał o tym, jak tęskni do jakiejś Dolly i jeszcze coś o strzyżeniu owiec.
Country. Kurwa. Albo western, ja nie odróżniam. A miała być klasyka z Europy. Jak Siekiera jeszcze raz będzie się bawił moim CD to mu łapska poobcinam jego własnym toporem.
Takie wejście mi spieprzył. A te dziwki zamiast srać ze strachu przed moją szarżą pokładają się ze śmiechu myśląc, że moja bryka to jeżdżąca stodoła do potańcówek rodem z Teksasu.
No nic. Stodoła nie nadaje się do taranowania, a Dodge jak najbardziej. Gaz.
Czerwony guzik. Tak. Mam tu dużo guzików ale czerwony będzie odpowiedni.
Dwa granaty z dymem łzawiącym wpadają pomiędzy gangerki. Celny strzał. Po chwili buchają gęste kłęby siwego dymu. Słyszę kaszel. No, to teraz szanse się wyrównują.
Mój pick-up wdarł się w szeregi Hellcats – rozpędzone dwie tony po prostu zrobiły swoje. Fizyka. Siła to masa razy prędkość. He, He. Jeden jajogłowy kiedyś to tłumaczył w szkółce dla bogatych dzieciaków w Salome. Takie zadupie gdzieś w Appalachach. Robiliśmy za ochronę – pilnowaliśmy dwunastolatka, syna lokalnego bonza na rynku paliw. Rano zawoziliśmy gnojka, czekaliśmy na koniec lekcji, a potem odwoziliśmy z powrotem do domu. Za każdy dzień pracy dostawaliśmy karnister dobrej benzyny. Niezły układ. Zwłaszcza, że mogłem wleźć na salę, siąść z tyłu i posłuchać wykładów. Całkowicie za darmo. Naprawdę dużo wyniosłem z tych zajęć – między innymi kredki, mapy Ekwadoru i szkło powiększające. Niewiele brakowało, a miałbym i globus.
Ale wróćmy do fizyki – Dodge przedarł się przez motocyklowy gang. Auto trzęsło się chwilę gdy jakaś motocyklistka albo jej maszyna dostawała się pod koła. Słyszałem tylko zgrzyt metalu i przerażone krzyki.
Uwielbiam taranowanie. Uwielbiam ten impet. Uwielbiam te dźwięki.
Jackomo uważa takie manewry za niegodne żołnierza i wręcz skrajnie obrzydliwe, ale co on może wiedzieć, cholerny piechur.
Nie ma jak walka drzwi w drzwi – teraz, w tych popieprzonych czasach ja i inni, podobni zapaleńcy robimy za ciężką kawalerię. Adrenalina i zapach spalin. To nasz narkotyk.
Ktoś może powiedzieć, że mutka można rozwalić – zastrzelić, spalić czy posiekać. Ale o ile zabawniej jest takiego przejechać. To naprawdę niezła frajda. I wcale nie trzeba pochodzić z Detroit by to czuć.
Mój przejazd narobił sporo zamieszania wśród Hellcats. Zyskałem kilka sekund i bezproblemowo zawróciłem Dodge’a na ręcznym. Wcisnąłem gaz i znowu prułem na nie. Dziwki w ćwiekowanych skórach spróbowały skrócić mi drogę tak abym nie mógł zbytnio się rozpędzić. Odważne czy głupie?
Ale samczyki z gangu RadRats popełniły identyczny błąd.
Silnik pracuje od jakiegoś czasu nie na gównianym paliwie mieszanym z rozpuszczalnikiem tylko na czyściutkiej wysokooktanowej benzynie z Appalachów. Mam taki mały, zapasowy zbiornik. Kwestia jednego przełącznika. Po za tym, ta benzynka to także dobry podkład pod dopalacz.
Nie wspominałem o dopalaczu?
Trzymam go na takie sytuacje. To też kwestia jednego przełącznika.
Cyk i fru. Dodge po prostu leci. Dużo szybciej niż poprzednio. Taka mała niespodzianka.
Pierwsza gangerka, która zetknęła się z osłaniającą auto kratą wyleciała z siodełka, pacła z mlaśnięciem o pancerną płytę na przedzie kabiny i zataczając efektowny łuk wylądowała już za paką pick-up’a.
No i co, Jackomo, zrobiłbyś tak swoim H&K? Nigdy w życiu.
Przebijam się w akompaniamencie huku i pisku – tak śpiewa metal poddawany czułej obróbce przez prawdziwego wojownika autostrady. Przez wizjery widzę jak motomaniaczki usiłują uciekać przed moją maszynką. Coś kiepsko im to wychodzi.
Gaz, lekki boczek przy wyjściu – raz, że skoszę więcej Hellcats, dwa – będzie mi łatwiej nawrócić.
Jak tylko się przebiłem, wiedziałem, że oto nadeszły kolejne kłopoty. Straciłem napęd na przednie koła.
Wyłączyłem dopalacz jak tylko wyrobiłem sobie trochę wolnego miejsca. Nie będę kręcił autem na ręcznym, gdy silnik dostaje potworny zastrzyk mocy. Jestem dobry w takie klocki, ale podstawą bycia dobrym jest świadomość możliwości i ograniczeń własnych oraz prowadzonej maszyny. Każdy dobry kierowca powie to samo o samochodzie z napędem na tył i z wielkim silnikiem z przodu. Uważaj na poślizg, tak właśnie powie. Może takie ślizgi i boczki są zabawne na torze ale w walce na ograniczonej przestrzeni to katorga. Dobra, dość gadania. Ręczny. Szybki zwrot kierownicą i gotowe.
Ale mnie zarzuciło. Wpadłem na resztki chodnika, a niedociążony tył Dodge’a wbił się w ścianę budynku.
I dalej dupa blada. Zawiesiłem tylną oś. Tą z napędem. Tylne koła smętnie kręciły się centymetr lub dwa nad ziemią. Byłem bezradny jak przewrócony żółw. Ale nie bezbronny.
Rozciągnąłem szyk gangerek tak, że teraz wjeżdżały wprost w przygotowaną pułapkę. Moi kompani zaczęli strzelać jak na komendę.
Kanonada przygniotła motocyklistki co dało mi kilka kolejnych chwil na działanie. Dzisiaj dobry Bóg nadzwyczaj hojnie obdarowuje mnie darmowymi sekundami. Jak wrócimy do El Coraje to zapalę w tamtejszym kościele świecę dziękczynną, tak wysoką jak ja sam. I sypnę gamblami na remont dachu.
Ale warunek jest jeden – najpierw muszę tam wrócić.
Otworzyłem drzwi i pod solidnym ostrzałem wparowałem do najbliższego budynku osłaniając się ogniem z obrzynów. Biegnąc po schodach przeładowywałem broń i obmyślałem dalszy plan. Plan jak przeżyć.
Wtedy straciłem grunt pod stopami. Część klatki schodowej wybrała właśnie ten moment by runąć w dół. Wypuściłem broń i rzuciłem się w przód próbując schwycić jakiś bezpieczny stopień. Udało mi się choć okazało się to zupełnie bezsensownym wysiłkiem. To nie był bezpieczny stopień. Spadłem wczepiony kurczowo w kawałek betonu, który leciał wraz ze mną.
A potem rąbnąłem o podłogę wzbijając kłęby kurzu i straciłem przytomność.
IV.
Co za ból... Kiedy otworzyłem oczy, niewiele z początku widziałem – kształty rozmazywały mi się w jakieś pasiaste wzory. Nie mogłem wstać. Przy każdym ruchu czaszka paskudnie mnie łupała i kręciło mi się we łbie. Ale chyba byłem cały – w tym znaczeniu, że nie połamałem sobie kości.
Podniosłem się do siadu. Paskudnie zabolało, ale bywało gorzej. Jak mnie dopadli bracia Morris za zepsucie ich siostry. Ale mnie zlali. A tak naprawdę to nie ja, lecz Jackomo maczał w tej sprawie palce. No, może nie palce.
Przetarłem twarz z grubej warstwy kurzu i zamrugałem. Hellcats złaziły do mnie. Jedna po drugiej opuszczały się na linie. Gdzie giwera ? O kurwa, olstro jest puste. Musiała wypaść. Muszę jej poszukać. Dobry Panie w Niebie, pozwól mi to przeżyć, a kupię dwie świece do kościoła w El Coraje. Co ja mówię. Trzy!
Jest! Leży sobie pomiędzy gruzami. Mam ją.
I wtedy dostałem takiego kopa, że fiknąłem w tył i rozciągnąłem się jak długi. Glock poleciał gdzieś daleko. Panie, nie targujmy się, pięć świec.
Jak próbowałem wstać, znów oberwałem. Zgięło mnie w pół. Dziwka ma podkute buciory.
- Spokojnie Błękitna, spokojnie. On zasłużył na szczególne traktowanie. Jest mój – głos był lekko zachrypnięty, ale w innych warunkach powiedziałbym, że to bardzo seksowna chrypka.
Znowu kop. Niedobrze. Ta, dla odmiany, ma ostrza na butach. Potnie mi kurtkę.
Jeszcze jeden kopniak. Metalowy czub łamie mi żebro. Pieprzone zabawki sado-maso. Ktoś chwyta mnie za włosy i metodycznie uderza moją głową o resztki schodów. Zalewam się krwią i prawie tracę przytomność. Przeszkadza mi w tym uporczywe policzkowanie.
- To, chłopczyku, to tylko gra wstępna. Tam na górze zajmę się tobą na spokojnie. Rozjechałeś moje ukochane Mary i Yoko. Drogo mi za to zapłacisz. Patrz na mnie – ach, ten zachrypnięty głos.
Próbuję. Jaki agresywny makijaż. I te blizny. Ale tak to całkiem, całkiem. Atrakcyjna.
Gangerki otaczają mnie półkolem. Nie mam jak uciec. Te ich uśmiechy. I ostrza. Dobry Panie, dziesięć świec.
- Co wiozłeś dla złamasa Casiusa ? – brzytwa dotyka mojej grdyki.
- Ciasteczka i owoce – po szyi cieknie mi cieniutka strużka krwi.
- Gdzie to jest?
- Trochę zjadłem, ale … - teraz krew ścieka mi po policzku.
- Pajac, tak? Żartowniś? Znam parę niezłych dowcipów. Wytnę ci je na skórze. Chcesz?
Szczerze mówiąc – wisi mi to. Skoro miały czas, aby tu złazić po linie, to moja ekipa nie żyje. Jak mam umierać to z klasą. Z drugiej strony, skąd te ciągłe odgłosy wystrzałów ? Za wolno kojarzę. Spadłem ze schodów, nie tak, spadłem ze schodami, kobiety mnie biją, nie ma co się dziwić, że mózgownica nie nadąża. Przyjaciele żyją i wciąż walczą. Może jest jeszcze nadzieja?
Właśnie zdechła. Za plecami rozwścieczonych Hellcats, na cienkiej metalowej linie opuszczał się niewyraźny pajęczy kształt. Bezszelestnie podpełznął tuż za szereg kobiet i wyciągnął długą szyję z metalowych pierścieni. Na końcu była opancerzona ludzka głowa. Jedno oko było normalne ale drugie, było implantowane i świeciło zieloną poświatą. Twarz się uśmiechała. Dobrze ją znałem.
Esteban Ramirez. Dawny kompan. Zdrajca. Trup. Tak mi się wydawało. Przynajmniej wtedy, gdy zostawialiśmy na pustyni jego stygnące zwłoki z przestrzelonym czerepem i trzema kulami w klacie.
Esteban zatańczył w swoim rytmie – miękko ale strasznie szybko. Kilka gangerek zginęło zanim w ogóle się zorientowały skąd przyszło zagrożenie. Pozostałe się broniły. Brzytwa znikła sprzed moich oczu i zostałem rzucony w pył. Jeszcze kilka chwil życia. Tam leży mój pistolet. Adrenalina buzuje. Podnoszę się i zgięty, włócząc rękami po ziemi człapię krok za krokiem. Boli. Krwawię.
Uciekam wśród huku broni maszynowej i krzyków umierających kobiet. Coś ciepłego chlusnęło mi na kark. Wiem, że to krew. Ważne, że nie moja. Dalej. Palce zaciskają się na rękojeści spluwy.
Samopoczucie lekko mi się poprawiło. Tam jest lina. Jeszcze tylko kilka kroków.
Jestem blisko, wyciągam rękę i ciężkie, mechaniczne łapsko łapie mnie za przegub. Odwracam się najszybciej jak potrafię. Mierzę, ale inna łapa błyskawicznie wykręca mi łokieć. Pistolet znowu upada.
- Jeszcze nie teraz, Copper. – głos jest zniekształcony lecz rozpoznawalny. Ramirez.
- Musimy sobie porozmawiać. I to poważnie. Spierdoliłeś robotę kompletnie. Jestem naprawdę wściekły. Trzeba było sprawdzić, czy nie oddycham. Dopiero wtedy odjechać.
Mechanoid rzucił mną o ścianę. Chyba trzasnęło kolejne żebro. Padam. Rozglądam się szybko. Zostaliśmy sami – Hellcats nie żyją albo właśnie umierają.
- Sprawdziliśmy. Ale chciałem, żebyś zdychał na tej pustyni. Wiesz w jakie gówno nas władowałeś? Jesteśmy na łasce mafiozo, niejakiego Casiusa. Oczywiście kojarzysz nazwisko? Wiesz jaki mamy dług? Dobrze wiesz. Już pół roku go spłacamy. Za ciebie. Powinienem był wtedy przestrzelić ci oba oczka. Tak dla pewności.
- Powinieneś. Nawet nie wiesz ile bólu musiałem znieść. Jak dorwały mnie maszynki, jak mnie przerabiały i jak się wyzwalałem. Zobacz co ze mnie zrobiły – dawny Esteban wyprężył swoje cielsko.
Pękaty korpus z ciemnego metalu, mnóstwo odnóży wyposażonych w ostre narzędzia mordu i poraniona, ludzka twarz na elastycznej szyi. Mechaniczny horror.
- Masz wobec mnie dług Copper. Musisz dokończyć to co zacząłeś.
- Nie. To ty masz dług. Nie tylko wobec mnie. Jest jeszcze Jane, Siekiera i Jackomo. Oni tam walczą a być może umierają. Nie stój tak. Pomóż mi stąd wyjść. Potem poślemy parę tych kociaków wprost do piekła. To dobre miejsce dla nich. Tylko łyknę coś przeciwbólowego. Nic poważnego, mała migrena.
V.
Niedobitki Hellcats zwiewały na pustynię. Nie przeszkadzaliśmy, szkoda amunicji. Już zafundowaliśmy im krwawą łaźnię. Teraz nadszedł czas na chwilę oddechu.
Najgorzej wyszedł na tym Jackomo, ledwie zipał. Jane od razu zaczęła go łatać i zszywać. Kilka postrzałów i cios nożem. Dziurawy jak sito. Ale jak znam skurwysyna to przeżyje.
Siekiera utykał i chyba solidnie oberwał w prawy bok, ale nie pozwolił się nikomu obejrzeć.
- To powierzchowne rany. Spadajcie. Zajmijcie się Jackomo, chyba się wykrwawia.
Nie to nie. Ramirez w całej swojej mechanicznej postaci niewiele ucierpiał. Miał tylko rozszarpany prawy policzek. Pod spodem była krew, mięśnie ale i cieniutkie wiązki przewodów. Żadna z kul nie naruszyła pancerza. To uświadomiło mi kolejny problem. Nie będzie łatwo spłacić nasz dług. Trudno będzie ponownie zabić Estebana.
Później się tym zajmiemy. Są ważniejsze problemy.
Podsypałem gruzu pod tylne koła, Siekiera wypychał auto używając długiego kątownika jako dźwigni a Ramirez wyciągał je na łańcuchach. Wspólnym wysiłkiem wyciągnęliśmy Dodge’a ze ściany.
Kosztowało nas to sporo wysiłku, ale bez bryki nie zdążymy do Casiusa na czas. A przecież mamy tu jeszcze trochę roboty.
Ja dłubałem w aucie, Jane w Jackomo, a Siekiera i pająkowaty Ramirez robili porządki.
Ciała do piwniczki, a to, czego nie można zabrać na pakę pick-up’a to do piwniczki kawałek dalej.
- Po co znosimy trupy i zamykamy łańcuchami i kłódkami? Sprzęt, to rozumiem, jest wartościowy, ale sztywnych? Może od razu pogrzeb im zróbmy? - Siekiera sapał, dźwigając na ramionach dwie gangerki. To jego stałe pytanie.
- A chcesz, żeby zalęgło się tu jakieś paskudztwo ? Ja nie chciałbym. To dobre miejsce, nie potrzeba nam tutaj jakiś ścierwojadów. Masz wybór – piwnica albo kopiemy dół. Dzisiaj musiałby być bardzo duży. – moja odpowiedź też jest stała.
- Tyle towaru do ruchania poszło na zmarnowanie – Siekiera westchnął tak głośno aby usłyszała go Jane. Ta tylko parsknęła. Potem wykonała jakiś nieznany mi, ale na pewno obraźliwy gest. Nie mam pojęcia o kobiecym slangu porozumiewawczych uśmieszków i dyskretnych znaków. Ale jeśli miałbym postawić gamble to byłoby coś o dużej klacie i małym ptaszku.
Trochę nam te porządki czasu zajęły ale było warto. Na pace piętrzył się stos konserw, broni i ubrań zdartych z Hellcats. Bardzo staranna grabież. Paliwo przetoczyliśmy do pick-up’a a zdobyczne motocykle, nawet te rozjechane, złożyliśmy do piwnicy. W sumie niezły łup. Powinniśmy spłacić pana Casiusa.
Uruchomiłem silnik, na szczęście nie ucierpiał, ale nie udało mi się odzyskać napędu na przód. Trudno. Mamy jeszcze mały kilka godzin zapasu. Najpóźniej jutro o świcie musimy oddać kasetkę.
Ekipa się załadowała, wcisnęli półprzytomnego Jackomo do kabiny i przypięli pasami. Z tyłu zrobiło się ciasno. Zdobycz, Ramirez przykryty kocami, Jane i Siekiera z jakimś kartonem na kolanach.
- Specjalny prezent dla pana Casiusa – tajemniczo się uśmiechał – Nie, nie granat.
Ruszyliśmy. Dodge był mocno obciążony, zawieszenie trzeszczało na wybojach, ale jechaliśmy z niezwykłą prędkością. Nigdy nie zapomnę tej trasy. Po drodze Siekiera wyskoczył, odlał się w krzakach, a potem spokojnie nas dogonił. Słowem wstyd i obciach.
Turlaliśmy się tak do samego El Coraje.
VI.
Najpierw zawiozłem Jackomo do lokalnego szpitala. Źle zniósł podróż. Jak tylko zajęli się nim medycy popędziliśmy pod hacjendę pana Casiusa. Byliśmy na czas. Jak zawsze.
Jane została pilnować auta. Nie to, żeby ktoś mógłby podpieprzyć coś na podwórku mafioza, ale lepiej by koce nie zsunęły się przypadkowo. Po co wzbudzać niezdrowe sensacje.
Czekaliśmy z Siekierą na patio, atrakcyjna służąca podała lokalną odmianę tequili i schłodzony napój z cytryn. Dostaliśmy nawet lód w kostkach. Bajer. Zamrażarka na takim zacofanym zadupiu to oznaka bogactwa i władzy. Ale Casius to nie jakiś tam koniokrad. Ma facet klasę. I kasę.
Siedzieliśmy sobie w plecionych fotelach i przyglądaliśmy się otaczającej nas krzątaninie.
Kobiety wieszały kolorowe girlandy i lampiony, mężczyźni znosili stoły i składali scenę dla grajków. Służba rozścielała świeżo wyprane obrusy. Jakieś święto.
W końcu zaszczycił nas gospodarz. Dobrze, bo tequila się skończyła.
- Witam panów, panie Copper, panie Siekiera. – uścisnął nam dłonie. Wysoki, postawny mężczyzna w lnianym garniturze i wyprasowanej, białej koszuli z kołnierzykiem. Słomkowy kapelusz zatknięty na łysą głowę. Eleganckie okulary przeciwsłoneczne. Jednym słowem styl. Uświadomiłem sobie jak nędznie wyglądamy – brudni, okrwawieni, w poszarpanych łachmanach.
- Dzień dobry panie Casius – Siekiera uchylił kapelusza - Mam dla pana specjalny prezent.
- Spokojnie, pańscy ludzie dokładnie nas sprawdzili. - sięgnął po karton.
- Niech pan zerknie – dumnie zaprezentował wyłożone folią wnętrze. Nic nie widziałem, skręcało mnie, bo Siekiera do tej pory nie pokazał nikomu zawartości pudła.
- Panie Siekiera, niech pan to schowa, tu kręcą się dzieci. Dave, zabierz ten prezent. Naprawdę piękny podarunek. Doceniam. Jeśli dorzuci pan do kompletu jej dłoń z tatuażem węża, to będę bardzo wdzięczny. Czy mam rozumieć, że Hellcats zostały utemperowane ?– Casius uśmiechnął się. Króciutki uśmieszek, ale na pewno go widziałem. Pierwszy raz w swoim życiu.
- Kilka uciekło. Życzy pan sobie jakieś jeszcze… części? – do Casiusa podbiegła siedmiolatka w białej sukience. Trzeba uważać na to, co się mówi przy dzieciach.
- Wujku, wujku a będą fajerwerki?
- Oczywiście, wujek zatrudnia dwóch sprytnych Chińczyków, zwykle robią… co innego. Ale dzisiaj wystrzelą mnóstwo kolorowych fajerwerków wysoko w niebo. Niech Scagnozzi wie, że się dobrze bawię na urodzinach pierworodnego syna. A teraz kochanie idź się pobawić. Wujek musi jeszcze trochę popracować. – dziecko odeszło, a mafiozo zwrócił się do nas - Panowie oczywiście zabraliście powód mojego zadowolenia?
- Oczywiście – Siekiera wyciągnął z plecaka ciężką kasetkę i położył ją na stoliku obok tacy ze szkłem.
Casius przeciągnął mały kawałek plastiku przy jednej z krawędzi i zamek otworzył się z cichym szczęknięciem. Otworzył wieko i naszym oczom ukazało się barwne pudełko. Trzech kolesiów w kolorowych koszulach surfowało na wielkiej fali nad plażą pełną uciekających ludzi.
- Wspaniale. Wypełniliście swoje zadanie. Lupo, ten, który wam to dał, także. Dziękuję panom.
- Jeśli można spytać, co to jest? – popełniłem błąd zabierając Siekierę na to spotkanie. W takich sytuacjach zwykle jest ze mną Jackomo. On siedzi cicho. Wie, że ludzie pokroju Casiusa nie lubią pytań.
- To wymarzony prezent mojego syna. Gra na GameBoya wersja 2018. Nazywa się „Tsunami Riders”. Nie bardzo wiem o co chodzi. W GameBoya grałem tylko raz i to na dawce Tornado. Syn mi tylko opowiadał – w tej grze śmiga się na falach, a gdy osiągnie się odpowiedni poziom trzeba zmierzyć się z wielką falą tsunami. Dla mnie to dziwne – ani ja ani moje dzieciaki nigdy nie widzieliśmy morza – westchnął postrach okolicy, mafiozo i niewzruszony twardziel - pan Casius.
Zatkało mnie. Zawsze słyszałem „zróbcie to, tamto” a potem „dobrze, odpisuję to od długu”. A tu takie zwierzenia. Zacznę inaczej patrzeć na Siekierę.
- Jeszcze tylko jedna sprawa … - trzeba przejść do konkretów.
- Tak, panie Copper, zgodnie z umową. Jesteśmy rozliczeni. Gdyby to była inna okazja zaprosiłbym was na uroczystość, ale wybaczcie, to bardzo rodzinna okazja. Pożegnam panów teraz, bo mam jeszcze wiele rzeczy na głowie. Mortimer was odprowadzi – skinął nam głową i odszedł otoczony swoimi ochroniarzami. A Mortimer nas odprowadził.
VII.
Byliśmy wolni. Mieliśmy sporo sprzętu, bo nie musieliśmy zapłacić zwyczajowego „podatku”. – przecież byliśmy WOLNI.
Jeszcze tylko zobowiązania wobec Ramireza ukrytego pod kocami na pace Dodge’a.
Ale znajdziemy sposób. Może znajdziemy speców z Posterunku? W końcu jesteśmy to winni Estebanowi. Tylko jak znaleźć Wędrowne Miasto? Nie udaje się to cholernemu Molochowi, to jak może się udać nam?
Słyszałem, że często bywają w Denver. Tam jest też armia Jankesów, może oni znajdą sposób? Albo kupmy bazookę. Wyjdzie taniej. Trzeba pokombinować. Nie ma się gdzie spieszyć.
Trzeba naprawić brykę, pohandlować. No i Jackomo musi wrócić do zdrowia. Mamy czas.
A potem – w drogę!

ciąg dalszy nastąpił
W najbliższej rundzie neuromachii spotkacie bohaterów Millestown.
O ho ho ho - stara znajoma
O ho ho ho - stara znajoma konkurencja? Pan Jackie i Pan Sylar będą dla nich konkurencją ;P
Dodaj nową odpowiedź