New York Bad Times (I) | Moorhold.net - reszta to fikcja

New York Bad Times (I)

Psy nie zareagowały na jego obecność głośnym, wściekłym ujadaniem, którym powitałyby każdego innego. Niektóre uniosły wynędzniałe pyski. Kilka szczeknęło przyjaźnie. Pozostałe po prostu go zignorowały.
Dziadek czuł potworny ból w nogach, jego serce biło nierównym rytmem. Przystanął, z trudem łapiąc oddech. Kilkugodzinna wędrówka opuszczonymi ulicami miasta nie była dla jego organizmu niczym nowym, ale każdy dzień kończył się tak samo: dusznościami, łamaniem w krzyżu i ogniem, który zdawał się trawić jego poobcierane stopy.
Psy obserwowały go, gdy grzebał w zawartości swojego wózka sapiąc i pomrukując. Wreszcie odnalazł to, czego szukał: opróżnioną do połowy butelkę po przedwojennej whiskey Western Gold, zawierającą obecnie płyn, którego nawet przy najszczerszych chęciach whiskey nazwać nie było można. Ale Dziadkowi nie robiło to żadnej różnicy. Promil jest promil, mawiał.
Odkaszlnął i splunął flegmą.
Początkowo zamierzał jedynie zwilżyć usta i poczuć w nich przyjemne pieczenie. Po pierwszym łyku szybko doszedł jednak do wniosku, że w takie noce jak ta nie ma się co ograniczać. Przede wszystkim, dzisiejszy łup był całkiem niezły. Przeczesując wymarłe zaułki w okolicach Doughboy Park natknął się na dwie butle z gazem, nieco dalej, przy opuszczonej stacji metra w Woodside, odkrył zapomniany składzik ze środkami czystości. Ze zrujnowanego budynku szkoły przy Greenpoint Avenue wytaszczył na plecach ogromną, zwiniętą w rulon amerykańską flagę. Wiedział, że zwłaszcza dla tej zdobyczy bez trudu znajdzie kupca. W tym mieście symbolika wciąż miała wysoką cenę. Chwała dobremu Panu w niebiosach!
I jeszcze jedno znalezisko. Pistolet Smith&Wesson przy wysuszonych zwłokach w mundurze. Dziadek ostrożnie odpiął kaburę i przyjrzał się broni. Wyglądała na nienaruszoną, ale nie miał pewności. To zresztą było nieistotne, gdyż starzec zaraz cisnął pistolet na ziemię, jakby ten połyskujący przedmiot oparzył go w rękę. Pokusa, jaka ogarnęła go na myśl o potencjalnym zysku ze sprzedaży gnata, ustąpiła miejscu rozsądkowi. Dziadek, jako mieszkaniec Strefy Trzeciej, mógł przysporzyć sobie kłopotów, gdyby zatrzymano go na ulicy z bronią ukrytą w wózku pod grubą warstwą tektury i łachów. Nie mówiąc już o sytuacji, w której ujęto by go na próbie handlu zakazanym towarem.
O nie, Dziadek przeżył sześćdziesiąt osiem lat unikając podobnych problemów. Ale nie był tchórzem, w krytycznych chwilach nie wahał się skorzystać ze swojej nabijanej gwoździami pałki, którą pieszczotliwie nazwał imieniem dawno zmarłej małżonki. Wyznawał zasadę, iż każdy człowiek jest terytorium o nienaruszalnych granicach, a ktokolwiek próbowałby taką granicę przekroczyć, należy mu się nauczka. Co innego jednak działać w obronie własnej przy użyciu legalnych środków niż stawać przeciwko Prawu. A Prawo było w tym mieście surowe i tak samo surowo egzekwowane. Dziadek, jako osoba roztropna, próbował jedynie chronić skórę.
Dlatego też, gdy zbliżając się już do dna butelki usłyszał głośny krzyk, a zaraz po nim przeciągły pisk opon, zapomniał o wszystkim i instynktownie dał nura w najbliższą stertę śmieci.
Znowu się zaczyna, pomyślał z rosnącym przerażeniem. Lękał się nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o pozostawiony pośrodku ulicy wózek z całym dobytkiem. Jak wkrótce się okazało, lękał się słusznie.
Ciemna postać przemknęła obok kryjówki Dziadka. Psy rozszczekały się na całego. Chwilę potem uliczkę zalało światło reflektorów. Rozpędzony samochód uderzył w wózek, którego zawartość poszybowała we wszystkie strony. Tego, co działo się później, Dziadek nie mógł już zobaczyć. Ale słyszał. I zaczął żałować, że Bóg nie odebrał mu na starość tego zmysłu.
Uciekający nie miał żadnych szans, zaułek kończył się bowiem wysokim murem, którego nie sposób było przeskoczyć. Warkot silnika ucichł. Parokrotne trzaśnięcia drzwiami. Ujadające do tej pory kundle rozbiegły się po ostrzegawczym wystrzale z broni.
– Cześć, Arnie!
Głos był nieprzyjemny, szyderczy.
– Nareszcie się spotykamy. Przed czym tak zwiewałeś, że mało portek nie pogubiłeś? A może to jakiś, kurwa, maraton?
Cisza.
– Arnie, przyjacielu! To kompletnie bez sensu. Cała ta sytuacja. Przyznasz. Za długo balansowałeś na granicy. Wiesz, czym się kończy taki beztroski taniec nad przepaścią? Człowiek prędzej czy później spada w dół i rozpierdala sobie łeb. Ty właśnie uczyniłeś jeden krok za dużo. Lecisz. Ale jest ktoś, kto w ostatniej chwili może cię uratować, podaje więc pomocną dłoń. Pytanie tylko, czy zdecydujesz się ją chwycić.
Brak odpowiedzi.
– No, chłopcze. Nie mamy czasu. Jestem twoim aniołem stróżem. Masz szansę coś ocalić. Wystarczy tylko, że powiesz, gdzie TO ukryłeś. I z czyjego polecenia to zrobiłeś.
Inny głos, wysoki, drżący:
– I tak to... I tak mnie...
Szloch.
– Arnie, oczywiście, że i tak cię załatwimy, a stanie się to właśnie w tym miejscu. Mówiąc o ocaleniu miałem na myśli kilka spraw, które po sobie zostawiasz. Schorowany ojczulek, córeczka...
– Ty skurwysynu!
– Arnie, przypominam, że to także podpada pod paragraf. Naprawdę nie stać cię na odrobinę kultury?
Dziadek nie słyszał dokładnie dalszej części tej strasznej rozmowy, gdyż Arnie odpowiadał na kolejne pytania szeptem, szlochając jak dziecko. Ale odpowiadał.
Gdy skończył, w zaułku rozległy się strzały.

THE NEW YORK BAD TIMES

Scenariusz przeznaczony jest dla dowolnej ilości Graczy o dowolnym stopniu rozwoju. Jego akcja rozwija się w Nowym Jorku, lecz przy odpowiednich modyfikacjach fabułę rozegrać można w innym miejscu. Big Apple nie jest jednak lokacją wybraną na chybił trafił: uosabia konkretny mit, a głównym celem opowieści jest właśnie obalenie tego mitu, symbolu. Akcja gry związana jest z krwawymi wydarzeniami, jakie targnęły największym w powojennych Stanach miastem zimą 2053 roku. Scenariusz oferuje różne drogi i możliwości, przygotowane zostało kilka alternatywnych zakończeń tej dosyć ponurej historii. Najistotniejszym aspektem jest nacisk na problematykę moralności w świecie, w którym wyraźny podział na dobro i zło uległ całkowitemu zatarciu. I, jak w antycznej tragedii, każdy wybór prędzej czy później okazuje się być tragicznym w skutkach.

Konstrukcję scenariusza porównać można do budowy równobocznego trójkąta. Wraz z upływem czasu Gracze będą lawirować pomiędzy trzema wierzchołkami: skorumpowaną policją, brutalnym gangiem i starającymi się zachować obiektywność dziennikarzami z miejscowej redakcji N.Y.Times. Liczne epizody poboczne ubarwią i z pewnością skomplikują fabułę, ponieważ Wielkie Jabłko to miejsce, gdzie wszystko stoi w jakiejś zależności od czegoś innego i ostatecznie łączy się w jedną całość.

Podczas rozgrywania sesji Mistrz Gry musi zwracać szczególną uwagę na reakcję Graczy postawionych wobec pewnych problemów. Na przykład, czy odwiedzając miejsce potwornej zbrodni zapałają świętym gniewem wobec sprawców tego czynu, czy też raczej potraktują sprawę lekką ręką. Moralność to materia niezwykle delikatna. Aby przeciągnąć bohaterów na Ciemną Stronę Mocy nie wystarczy powiedzieć im: „Nie no, musicie zastrzelić tego gliniarza, bo inaczej wyda się, że jesteście policyjnymi wtykami w gangu”. Oni muszą to poczuć. Muszą tego pragnąć. Dlatego właśnie dzięki uważnej obserwacji zachowań Graczy wywnioskujesz, kiedy nadszedł Ten Moment.

Ale nie uprzedzajmy faktów.

WSTĘP

Pierwszym pytaniem, na które powinien odpowiedzieć sobie Mistrz Gry, jest sprawa motywacji Drużyny. Dlaczego przyjechali do Nowego Jorku? Oczywiście, rozpocząć można tradycyjnie: spotkanie w knajpie i gadki szmatki, po których wszyscy nieoczekiwanie zostają przyjaciółmi. Można tak zrobić. Co nie znaczy, że należy. Takie wojaże „na chybił trafił” z pustyni do jakiejś większej aglomeracji są dla nowicjuszy. Daj Graczom jakieś powody, dla których odwiedzają Big Apple. Poniżej podsuwam kilka pomysłów na „zadania wejściowe”.

SPRAWA DOŚĆ OCZYWISTA. Przywóz lub odbiór jakiegoś ładunku. Masz, chłopcze, utrudnione zadanie: ładunek po drodze skradziono, pracodawca nie chce zapłacić, pracodawca nie żyje. Ładunek eksploduje w bagażniku, rozwalając połowę twojego drogocennego wozu. Dlaczego ktoś chciał cię wykończyć?
Słyszałeś, że nowojorczycy to TWARDE BESTIE. Gówno prawda. Ty jesteś twardszy. Masz zamiar to udowodnić. I robisz to. Niestety, gość, którego trochę na mocno trzasnąłeś w łeb, był zaufanym człowiekiem jakiegoś mafioza. Polowanie to już tylko kwestia czasu...
Och, POSTERUNEK naprawdę wysłał cię do Nowego Jorku z jakimiś ważnymi informacjami? A może masz znaleźć jakieś trudno dostępne urządzenie? Takie, którego nie dostanie się na przeciętnym straganie z miniaturkami Statuy Wolności?
ZASRANA ZIMA. Większość dróg północno-wschodniej części kraju jest nieprzejezdna. Najwyższy czas, żeby rozprostować kości. Wielkie Jabłko to fajne miejsce, można wychylić kufelek, pogadać, odpocząć w czułych objęciach jakiejś damy. No cóż, nie wiedziałeś, że jest dziwką, którą jakiś zasrany alfons przymusza do nierządu. Najwyższy czas porachować mu kości.
Już wiesz. Ten OBIEKT na niebie kierował się w stronę Nowego Jorku. Dasz sobie głowę uciąć, że kolejna Pandora wylądowała gdzieś na Wall Street. Musisz ją tylko odnaleźć. I unicestwić, zanim będzie za późno. I chuj z tym, że ledwo wróciłeś z frontu z oparzeniami drugiego stopnia na plecach?

To oczywiście tylko przykładowe haczyki. Wymyśl własne, nawiązując do wydarzeń z poprzedniej sesji. Nawet początkujący Mistrz bez trudu wplącze je w główną oś fabuły.

Wielkie, przeklęte Jabłko

Nowy Jork nie jest bezpiecznym miejscem. Względna organizacja administracyjna, kilka urzędów, kochany prezydent i służby porządkowe zbudowały iluzoryczny klosz bezpieczeństwa. Sztandary, flagi, hymny i szumne odezwy do narodu mają poderwać ludzi do zorganizowania się i wspólnej walki o odbudowę Stanów Zjednoczonych. Obecność policji i wojska ma z kolei odwrócić ich uwagę od niebezpieczeństwa, które czai się w każdym zaułku miasta, w każdym opuszczonym mieszkaniu. Ale tu nie Moloch, nie skażenie, nie mutanty są głównym zagrożeniem. Co przeciętnemu obywatelowi po radiowozie, który dwa razy w ciągu dnia przejedzie obok ich domu, skoro w każdej chwili jakiś zbir może drzwi tego domu wyłamać i robić, co mu się podoba? Co mu po wielkich deklaracjach zaufanych ludzi prezydenta, skoro prawdziwą władzę w tym dystrykcie sprawuje Mr. Scagnetti lub Łysy ze swoimi mordercami? Skorumpowani gliniarze nie kiwną nawet palcem, gdy któryś z nich zamorduje twojego brata lub zgwałci narzeczoną.
Podzielony na cztery strefy Nowy Jork za dnia rzeczywiście przypomina wielki plac budowy, społeczeństwo tryska optymizmem i wiarą. Ale gdzie znika ta nadzieja tuż po zapadnięciu zmroku? Nocami mafijne organizacje toczą między sobą krwawe wojny, na ulicach kwitnie prostytucja i handel narkotykami, choć to wszystko jest oficjalnie zabronione i potępiane. Dlaczego tak się dzieje? Rząd od czasu do czasu przeprowadzi jakąś spektakularną akcję przeciwko zorganizowanej przestępczości, lecz są to działania zwyczajnie pokazowe, ponieważ szefostwo doskonale wie, że gdyby nie mafia, straciliby wszystko. Gangsterzy kontrolują swoje dzielnice, lokale, główne szlaki transportowe z Appalachów. Ci, którzy chcieliby poprawić sytuację, na przykład prezydent, żyją w strachu o własne życie, pod ciągłym naciskiem fałszywych doradców.
Witamy w Wielkim Jabłku.

Cztery strefy

Miasto zostało podzielone na cztery główne rejony. Pierwszy, zwany białym, to malutki fragment Manhattanu zamieszkały przed największe szychy, urzędników i przedsiębiorców. Aby dostać się na ten teren trzeba okazać specjalną przepustkę, która nie zwalnia z zakazu noszenia jakiejkolwiek broni. Tę mogą posiadać jedynie mieszkańcy i mają prawo użyć jej przeciwko dowolnemu nie-mieszkańcowi praktycznie bez żadnych konsekwencji. Widzisz, jak się szychy ustawiły? Jeśli ktoś spoza białej strefy zostanie tu przyłapany np. z ukrytym pod kurtką gnatem, trafia do więzienia z ciężkimi zarzutami działalności terrorystycznej. Łapiesz klimat? Dla takich ludzi jak my, to właśnie to miejsce jest największym zagrożeniem, najlepiej trzymajmy się od niego z daleka.
Strefa druga, której północna granica sięga dawnego Harlemu, to po prostu najzwyczajniejsza część miasta. Bez zezwolenia można tutaj paradować z bronią białą i krótką. Cięższe giwery – paragraf. Jeśli chcesz pogadać z kimś normalnym, wal tutaj. Przeciętne bary i sklepy. Normalni ludzie.
Strefa trzecia, najliczniejsza, to północny Brooklin, zachodni Queens, południowy Bronx. Miejska biedota. Tym nie wolno nosić przy sobie żadnej broni palnej, ale tylko teoretycznie, bo mało komu chce się to sprawdzać. Nie wyobrażaj sobie, że mieszka tu sama gangsterka. Bzdura. Dużo tutaj ludzi uczciwych i prostych, którzy po prostu próbują jakoś przetrwać te ciężkie czasy. Codziennie muszą borykać się z niezliczonymi problemami, takimi jak żywność, woda pitna, choroby... Dorzućmy jeszcze bandziorów i policję.
Czwarta dzielnica to wszystko, co wokół. Napromieniowane, zawalone, skażone, opuszczone. Ale nie wymarłe do ostatniego szczura. Tutaj trafiają ci, którzy stoczyli się na samo dno. Wyrzutkowie, degeneraci, mutanci. Zazwyczaj nad tą okolicą zalega martwa cisza, ale od czasu do czasu tu i ówdzie coś się poruszy. Wszyscy unikają tego miejsca jak ognia.

Oto Nowy Jork w wielkim skrócie. Moim zamierzeniem nie było tworzyć tutaj nowego suplementu do podręcznika. Ponieważ jednak akcja dzieje w dosyć specyficznym miejscu, takie tło może okazać się pomocne. Niewykluczone również, iż Ty, jako Mistrz Gry, prowadziłeś już scenariusze nowojorskie w nieco innych realiach. Tutaj pozostawiam Ci wolną wolę – możesz zostawić wszystko jak było podczas ostatniej wizyty Graczy w Big Apple, albo zdecydować się na mój wariant, jeśli uznasz, że od tamtej pory wiele mogło się w mieście pozmieniać. Decyzja należy do Ciebie. W dalszej natomiast części tego tekstu znajdziesz opisy wielu miejsc, do których akcja zaprowadzi Drużynę. Nie bój się również wprowadzać własnych lokacji.

A teraz czas na główną oś fabularną. Historia rozgrywać będzie się przede wszystkim w strefie drugiej i trzeciej (choć BG mogą również trafić do dwóch pozostałych, a nawet do więzienia Jay Fort, zlokalizowanego na małej wysepce). W pierwszej kolejności zetkną się tutaj z surowymi organami ścigania, które będą próbowały przeciągnąć ich na swoją stronę. Współpraca z policją skonfrontuje ich ze światem przestępczym, a przede wszystkim ze złowieszczą grupą Wesołego Leonarda. Chociaż na pierwszy rzut oka zapowiada się na walkę dobra ze złem, wkrótce wiele rzeczy ulegnie zmianie. Policjanci, wplątani w rozmaite intrygi, przestaną jawić się jako szlachetni rycerze walczący z gangsterami. Jest wręcz na odwrót. Tutaj nawet najmniejszy posterunkowy ma silne plecy, które sprawiają, że ten czuje się nietykalny. W takiej sytuacji najbardziej poszkodowani są oczywiście bezbronni mieszkańcy miasta, których gliny traktują jak swoich niewolników i sługusów. Sprawę próbuje naświetlić właściciel jedynej lokalnej gazety, Vincent Brant, ryzykując własnym życiem. Ale nawet i on nie ma do końca czystych intencji...
Tymczasem Drużyna, która początkowo miała jedynie infiltrować bandę Wesołego Leonarda, zacznie odczuwać coraz większą niechęć do służb mundurowych i wkrótce stanie z bandytami ramię przy ramieniu w nierównej walce, której stawka jest bardzo wysoka. Choć nikt jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Rozdział 1.
DROBNA PRZYSŁUGA.

Co jest? Pasujemy do jakiegoś opisu podejrzanych? Dwaj Murzyni w samochodzie?
(Jerico-One)

Prochy? Panie sierżancie, jedyne prochy, do jakich się przyznaję, to prochy moich wrogów.
(Brad „Morfeus” Buckler, lipiec 2044 roku)

[Wjechaliśmy od północy, a dzielnica nie sprawiła na mnie dobrego wrażenia. Złego również nie. Była taka sobie... Przeciętna. W moim życiu odwiedziłem chyba wszystkie ocalałe po wojnie amerykańskie miasta. Ot, zgrałem tysiąc talii kart, skasowałem kilka bryk... Nowy Jork na pierwszy rzut oka niewiele różnił się od takiego Kansas City czy Cincinatti. Dopiero później miałem przekonać się, że prace naprawcze na wielką skalę ruszyły tylko na Manhattanie, że ludzie mają tutaj zupełnie inną mentalność. Że wszystko jest tu na odwrót.
Zasrana zima dawała się nam we znaki. Śnieg zdążył już nakryć ulice kilkunastocentymetrową warstwą, w której grzęzły koła samochodów. Fakt, że na niektóre ulice Nowego Jorku wypuszczono pługi, okazał się niedużą pociechą. Posuwaliśmy się do przodu jak eunuch na orgietce. Poza tym, w aucie nie działało (lub też w ogóle go nie było) ogrzewanie. Próbowałem wypytać o to naszego kierowcę, Lawrence’a, ale ten tylko sklął mnie i kazał się zamknąć. Przyjrzałem się pozostałej trójce przyjaciół, oceniając, że mróz dokuczał im chyba niemniej niż mi. Maria, potężnie zbudowana najemniczka z Południowej Hegemonii, cała zsiniała z zimna, a jej oczy zdradzały, iż chyba pierwszy raz w życiu zobaczyła śnieg. Kevin, zwany również Apteką, czarnoskóry chemik, którego poznaliśmy w Nowym Orleanie, intensywnie zacierał dłonie, aby się ogrzać. Piętnastoletni chłopiec żydowskiego pochodzenia, Eliasz, cały się trząsł na tylnym siedzeniu, chociaż opatuliliśmy go w dwa grube koce. Poprzedniego dnia złapał katar.
Zatrzymaliśmy się przed pierwszą lepszą knajpą. GOOD TIMES – tak się nazywała. Przy wejściu dokładnie nas zrewidowano i przejęto naszą broń w depozyt. Przyznam, że nigdy nie miałem zaufania do tego rodzaju depozytów, dlatego mało mnie szlag nie trafił, gdy facet zażądał, abym pozostawił również gitarę. Uprzejmie wyjaśnił, że takim sprzętem można komuś nieźle – cytuję – przypierdolić. Wywiązała się krótka awantura, ponieważ będąc pewnym swojej racji, zamierzałem o nią walczyć do ostatniej kropli krwi. Nikomu nie pozwalam dotykać Cindy, nawet najbliższym kumplom, a co dopiero jakiemuś obdartemu kundlowi z podrzędnej speluny! Ona jest jak żona. Sprawa zapachniała międzynarodowym skandalem, kiedy strażnicy ruszyli w moją stronę z ewidentnym zamiarem wyrzucenia mnie na bruk, ale sytuację uratował Lawrence, który wyjaśnił tym tępakom, że jestem wędrownym grajkiem i muszę zapracować na swoje utrzymanie. Cóż, przyznam, że określenie „grajek” użyte w stosunku do wirtuoza gitary jest dosyć niestosowne, ale wytłumaczenie pomogło. Zostaliśmy jednak poinformowani, że żadnych koncertów dzisiaj nie będę odprawiał, ponieważ tego wieczoru miał grać Yaga-Yo. Diabli wiedzieli, co to za jeden, ten Yaga-Yo. Z pewnością jakiś amator. No cóż, skoro w taki sposób traktuje się tutaj sławy... Z wielką niechęcią wróciłem do samochodu i wcisnąłem futerał do bagażnika.
Dobre Czasy okazały się całkiem przyjemnym lokalem, aczkolwiek w żadnej mierze nie mógł się on równać z tymi w Vegas. Właściciele musieli chyba przykładać dużą wagę do wystroju, gdyż ściany udekorowane były rozmaitymi przedwojennymi plakatami gwiazd takich jak Armstrong, Wates, Santana... Nad zakratowanym barem wisiał prawdziwy saksofon. O tak, dobrze było znaleźć się w jakimś cywilizowanym miejscu i zapomnieć o tych cuchnących szczynami norach, w których zatrzymywaliśmy się podczas długiej podróży przez pustkowia...
Zamówiliśmy posiłki i piwo, płacąc tym, co każdy z nas miał. Ja, oczywiście, nie miałem przy sobie niczego, więc drużyna wspaniałomyślnie zrzuciła się na suchary i dzbanek odcedzonej wody. Maria jadła w milczeniu, Apteka opowiadał jakieś sprośne dowcipy, których nikomu nie chciało się słuchać, Eliasz z ciekawością zerkał w stronę sceny, na której za chwilę miał pojawić się wspomniany wcześniej Yaga-Yo-A-Żeby-Zdechł.
I wszystko potoczyłoby się dobrze, gdyby nie Lawrence, który po staremu od razu musiał wdać się w kłótnię z podchmielonym facetem wyglądającym w najlepszym wypadku na przywódcę Hell Angels. Przypadkowo szturchnięty w ramię Lawrence nazwał olbrzyma zawszonym imbecylem, którego plebejska prezencja wskazuje na to, że jego matka niechybnie była ladacznicą i puściła się z jakimś pokątnym koniokradem. Dokładnie tak się wyraził, cholerny szlachcic czy kim on tam wcześniej był w Federacji Appalachów...
Wywracane stoły i latające w powietrzu butelki były już tylko kwestią czasu...]

(z pamiętnika Malcolma White’a, 18 stycznia 2053 roku)

Witamy w Dobrych Czasach

Dobre Czasy, jako przybytek o średnim standardzie, jest przyzwoitym miejscem rozpoczęcia przygody. Bar zlokalizowany jest na pograniczu trzeciej i drugiej strefy, oferuje niezłe żarcie i szeroki wybór trunków, począwszy od lokalnego bimbru o lekko cytrynowym posmaku, a na przedwojennych alkoholach skończywszy, chociaż właściciel dysponuje tylko paroma takimi butelkami dla specjalnych gości. Główną atrakcją, która przyciąga tutaj mieszkańców, są wieczory z muzyką na żywą, przede wszystkim bluesem i smooth-jazzem, w którym specjalizuje się Yaga-Yo, siwowłosy Murzyn o sympatycznym charakterze starego gaduły i podrywacza. Żadne tam rockowe młócki, klienci po ciężkim dniu pracy spragnieni są czegoś innego, przy czym można się odprężyć. Ceny nie są tutaj wygórowane, a jako formę płatności przyjmowane jest wszystko, oczywiście poza zabronionymi narkotykami i bronią.
Jeżeli Gracze mają jakieś sprawy do załatwienia, daj im trochę wolnego czasu. Niech pokręcą się po mieście, nakupią sprzętu, porozmawiają z dawnymi znajomymi. Powinni nieco zmarznąć, gdyż tego dnia temperatura w Nowym Jorku waha się w granicach od minus siedmiu do minus dziewięciu stopni. A Dobre Czasy to typowy lokal, do którego z miłą chęcią zagląda człowiek spragniony późnego obiadu i łóżka. A tak, jedna „doba hotelowa” kosztuje tutaj 5 gambli, w wąskim pomieszczeniu na piętrze zastawionym materacami.
Podczas odpoczynku Drużyna ma okazje poznać nieco mentalność nowojorczyków. Niemal wszyscy goście rozmawiają o swojej pracy: dziś tu postawiliśmy nowy mur, gdzie indziej podciągnęliśmy elektryczność. Są to ludzie grzeczni oraz uczynni, aczkolwiek ich słowa często uginają się od niepotrzebnego patosu, jak gdyby każdy próbował zwiększyć swoją rolę w procesie odbudowy świata.
Spokój przerwie pojawienie się dwóch lokalnych zabijaków. Panowie nazywają się Henry oraz Josh: pierwszy jest brzuchatym jegomościem w nabijanej ćwiekami dżinsowej kurtce i czarnej banderce na głowie, drugi ma drobniejszą posturę, ale odznacza się dużą zwinnością ruchów, głównie w rauszu. Nie są oni jakimś wielkim zagrożeniem, nie mają również kontaktów ze zorganizowanymi grupami przestępczymi. Ot, dwóch rozrabiaków w średnim wieku, których głównym problemem jest agresja o podłożu ksenofobicznym i słabość do alkoholu tylko tę agresję powiększająca. Jeżeli Gracze sami lubią aranżować nieprzyjemne sytuacje, możesz odwrócić role i to właśnie ich uczynić prowokatorami, ale wtedy przeciwników będzie więcej, gdyż wszyscy obecni jak jeden mąż staną przeciwko obcym.
Bójka nie zdąży się jeszcze dobrze rozwinąć, gdy zostanie przerwana przez trzech strażników i parę uzbrojonych policjantów w błękitnych uniformach. Opanowanym, choć stanowczym głosem wezwą wszystkich uczestników zamieszania do rozdzielenia się, a jeśli to nie pomoże, oddadzą ostrzegawczy strzał. Nawet Henry i Josh zaraz staną się potulni jak baranki. Dokładnie to samo zaleca się Graczom.

Znikoma szkodliwość czynu

Policja spisuje protokół na poczekaniu, wypytując świadków na chybił trafił o przebieg zdarzenia, większa uwagę poświęca jedynie właścicielowi Dobrych Czasów, który w zależności od tego, kto zaczął burdę, wskaże Henry’ego i Josha lub Graczy. Jeżeli BG mieli jeszcze jakieś nadzieje, że ominie ich noc w areszcie, należy tę nadzieję szybko rozwiać. Do celi trafią bowiem wszyscy, którzy brali udział w bójce (jeżeli któryś z Graczy tylko stał pod ścianą i patrzył, nie złamał prawa). Mundurowi zrewidują też dobytek Graczy, a znalezienie cięższej broni lub prochów okaże się dodatkowym materiałem obciążającym. Jeśli pozostali goście lokalu potwierdzą, że BG nie byli agresorami, jeden z policjantów uspokoi ich, że to tylko taka procedura i nic im nie grozi. W takim przypadku obejdzie się również bez kajdanek, o ile zatrzymani będą się zachowywać grzecznie jak aniołki. To powinno załagodzić sytuację.
Może okazać się, iż BG jednak spróbują jakiegoś absurdalnego numeru, np. skasują policjantów albo zapragną dać nogę. Należy im to delikatnie wyperswadować, gdyż konsekwencje takiego działania mogą być bardzo poważne. Niech postawa gliniarzy napełni ich serca i umysły dziecięcą ufnością. Ta dwójka, tytułująca się „funkcjonariuszami”, czyli młodszy aspirant Jonatan Vega oraz posterunkowy Simon North mają bajer we krwi. Zdradzić może ich tylko wykonany z powodzeniem przez jednego z Graczy cholernie trudny test percepcji (pod warunkiem posiadania umiejętności wyczucie emocji) lub bardzo trudny test percepcji (pod warunkiem posiadania umiejętności czujność). Przy pierwszym teście, Gracz zorientuje się, iż posterunkowy Simon śmieje się w duchu z zatrzymanych; przy drugim zauważy coś dosyć niepokojącego: Vega ma dziwny zwyczaj częstego pociągania nosem, ale nie wygląda to na zwykłe przeziębienie.
Jeżeli Drużyna jeszcze nigdy nie zawitała do Nowego Jorku, będą z pewnością zaskoczeni faktem, iż tutejsze służby porządkowe noszą prawdziwe, kompletne mundury, a starsi rangą mają nawet odznaki. Nie mówiąc już o tym, że na komisariat (!) Gracze zostaną zawiezieni odpicowanym radiowozem...
Ponieważ jest już późno, zabraknie na razie okazji, aby pozwiedzać cały przybytek. Gracze trafiają prosto do celi – areszt zlokalizowany jest w piwnicy bez okien, z jednym tylko malutkim świetlikiem. To cuchnące miejsce, przesiąknięte fetorem zgnilizny, alkoholu i ekskrementów. Ta mieszanka to pozostałość po poprzednich aresztantach; obecnie większość cel stoi pustych, tylko jedną zajmuje bezzębny osobnik, niejaki Ig, kloszard przyłapany na próbie kradzieży. Jest bardzo nieufny i gburowaty, jedynie trudny test perswazji jest w stanie przekonać go do udzielenia informacji na temat swojego położenia. Ale i tak zatai szczegóły, wskazując ściany i swoje ucho. Interpretacja tego gestu nie powinna być bardzo skomplikowana.
Jeśli zatrzymano również Henry’ego i Josha, nie ma mowy o żadnej pogadance z nimi. Po pierwsze, są wściekli na Graczy za obecną sytuację, chociaż wina leży po ich stronie. Po drugie, ale to znów test wyczucia emocji, zdają się być czymś wyraźnie zdenerwowani, jak gdyby groziło im coś poważnego...
Istnieje duże ryzyko przeziębienia się w tych paskudnych warunkach, gdyż na dwójkę zatrzymanych przypada tylko jeden koc. Przynajmniej pryczy jest tu pod dostatkiem. I robactwa.

Świt przynosi miłą odmianę. W piwnicy zjawia się aspirant Vega, tłukąc pałką po kratach. Szczególnie dużo uwagi i złośliwości poświęca Igiemu, wiedząc, iż ten ma niebywale czuły słuch. Wreszcie staje przez BG w pełnej swojej mundurowej osobowości, z uśmiechem otwiera drzwi i wypuszcza ich bez żadnego słowa, zagadkowo się uśmiechając. W drodze na górę przeprasza za warunki, ale prawo jest prawem i dotyczy każdego.
W chwili obecnej na komisariacie przebywa dwóch posterunkowych, Vega oraz starszy aspirant Michael „Barraka” Woods. To właśnie do niego Gracze zostają przyprowadzeni.
Barraka to człowiek postury niedźwiedzia. Niedźwiedzia o bardzo paskudnym charakterze. Ma nalane, zawsze nieogolone oblicze, blade i wyłupiaste oczy, a kiedy się odzywa, jego głos w ogóle nie przypomina ludzkiego, tak bardzo jest zachrypnięty od papierosów i wiecznego chlania. Na szczęście, odzywa się rzadko. Gdy mówi, operuje wyłącznie konkretami i półsłówkami, chcąc oszczędzać zniszczone gardło. Często też wysławia się w postaci chrząknięć o różnej tonacji, które obyci z nawykami Barraki policjanci bezbłędnie interpretują jako konkretne rozkazy. Gdyby ktoś jeszcze mógł pomylić tego człowieka z kimś innym, starszego aspiranta zdradzą buty. Tak wyszorowanych i lśniących nie ma chyba nawet sam prezydent.
Barraka, siedzący za biurkiem i trzymający nogi wywalone na blat, powinien wzbudzić respekt. To facet z charakterem. Wpierw długo będzie trzymał Graczy w napięciu, wwiercając się wzrokiem w każdego z nich po kolei. Ta lustracja może przedłużyć się nawet do kilku minut. A później wstanie z krzesła i powie powoli:
Znikoma szkodliwość czynu.
Następnie uda się ociężałym krokiem w stronę wyjścia. Na nerwowe kaszlnięcie Vegi odwróci się, jak gdyby sobie coś przypomniał. I zadecyduje:
Nadają się.

Wszyscy ludzie Pani Księżyc

A oto i osoby dramatu:

1) oficer Julia Moon

– Gdzie się wybierasz, ty kurewski łachudro?! Na ziemię mówię! Na ziemię! Łapy za głowę! Żebym je dobrze widziała! Żryj beton, czarnuchu, bo rozpierdolę jak ostatniego skurwiela!
Julia Moon wstąpiła do policji na rok przed wybuchem wojny. Kiedy po opadnięciu pyłów Nowy Jork powolutku budził się do życia, ona jako jedna z pierwszych podjęła działania mające na celu stawienie oporu rozmaitym bandziorom i mutantom grasującym wśród ruin. Tym samym stworzyła jeden z zalążków postapokaliptycznej policji. Gdy nowoutworzony rząd wezwał ludzie do współpracy, ona jako pierwsza zgłosiła się do służb mundurowych, które wtedy jeszcze nie miały żadnego konkretnego statusu czy hierarchii. Przypominały raczej jakiś odpowiednik policji obywatelskiej. I miały się dosyć ciężko. Jak wszyscy zresztą w tamtych czasach, ale zbrojne akcje przeciwko temu wszystkiemu, co zalęgło się w zniszczonych dzielnicach, były nie tylko oznaką odwagi i „wiary w lepsze jutro”, lecz również brawury. Jeśli nie szaleństwa. Gdy sytuacja ustabilizowała się na tyle, że można już było mówić o jako takim porządku w mieście, Julia dostała ludzi, sprzęt i budynek w rejonie, który później nazwano „strefą trzecią”. Następnie przyszło zarządzenie, że od tej pory nieregularne służby zamieniają się w jedyną POLICJĘ NOWEGO JORKU. Kwestia jednolitego umundurowania, radiowozy i stopnie były już tylko kwestią czasu.
Mało kto zna tę prawdziwą historię Julii Moon. Na jej temat krąży mnóstwo niestworzonych legend i nieraz zupełnie absurdalnych domysłów. Wystarczy spojrzeć, jakimi przydomkami obrosła: Żelazna Dziewica, Czarna Wdowa. I tak dalej. Dość powiedzieć, że to faktycznie kobieta ze stali. Obecnie ma 56 lat i napatrzyła się już na najgorsze okropieństwa. Jest twarda i nieugięta. Chociaż proponowano jej przeniesienie na wyższe stanowisko urzędowe lub objęcie dowodzenia nad komisariatem w „lepszej” strefie, ona została. Wciąż zdaje się, że trzęsie dzielnicą i nic nie jest w stanie uciec przed jej jastrzębim wzrokiem. Prawda jest nieco inna.
Julia Moon to osoba z zasadami. Chociaż z tej naiwnej, młodziutkiej policjantki, która w 2020 roku zatrzymywała drobnych pijaczków i kieszonkowców, niewiele już zostało, Julia wciąż wierzy w swoją instytucję i słuszność misji, aczkolwiek wiele razy ta wiara została zachwiana. A nawet ogarnął ją kryzys. Ulice zżera rak zbrodni, policja nie może nawet tknąć żadnej z większych organizacji przestępczych. Oszukiwana przez swoich skorumpowanych współpracowników i podwładnych, Julia Moon powoli wypada z obiegu. Jej obecność nikomu nie jest na rękę, a wiele komplikuje. Osamotniona w świecie spisków i brudnych interesów może już tylko zamykać oczy na to, co dzieje się wokół niej.

2) oficer Charles „Zombie” McKinsky

– Myślisz pewnie, że praca tutaj jest przyjemnością. Jesteś w błędzie. Wszyscy jesteście w błędzie, kadeci. Mam 49 lat i pewnie niewiele mi już zostało. Patrzę w te wasze młodziutkie twarzyczki i zastanawiam się nad waszą motywacją. Zastanawiam się, w jakim wieku będą wasze córki, gdy wy opuścicie ten padół łez, trafieni anonimowym pociskiem w plecy. Nie będziecie mieli wtedy żadnej szansy, żeby się z nimi pożegnać, wytłumaczyć, przeprosić. Zostanie po was tandetna odznaka i mnóstwo nierozwiązanych problemów. Witamy w policji, gnojki. Skok z ruin Empire State Building jest znacznie łatwiejszym, mniej bolesnym rozwiązaniem, więc zastanówcie się, cholera, raz jeszcze.
Oficer McKinsky wygrałby konkurs na najbardziej ponurego człowieka, który kiedykolwiek pojawił się na świecie. Patrząc na niego, człowiek ma ochotę podciąć sobie żyły, taki jest przygnębiający. Ale nie tylko z powodu aury najgłębszej frustracji i zgorzknienia, która go otacza. Wrażenie potęguje jego wygląd: brzydka, poprzecinana bliznami i śladami po ospie twarz, trupioblada cera, podkrążone oczy, wychudzona, zniszczona sylwetka. Wszyscy nazywają go Truposzem, a niektórzy naprawdę podejrzewają, że facet wstał z grobu. Powszechna opinia, jakoby McKinsky nic nie jadł ani nie pił, nie jest pozbawiona ziarnka prawdy: rzeczywiście, trudno przyłapać go na konsumpcji czegoś innego niż zwietrzała, przedwojenna kawa.
Zdawać by się mogło, że Julia i Zombie są bardzo ze sobą związani, wiele razy wietrzono nawet romans. Opowiastki z pieprzykiem należy włożyć między bajki. Tę dwójkę zbliżyła śmierć męża Julii, Nicholasa, który był najlepszym kumplem Truposza. Okoliczności tego zgonu pozostają jednak nieznane dla obcych, nikt nie wie, co tak naprawdę wydarzyło się w samochodzie, którym pięć lat temu Nicholas i Zombie wybrali się nocą na opuszczoną, podmiejską obwodnicę. Jeśli ktokolwiek zna jakieś fakty, to tylko obydwoje oficerowie. Zapytani, milczą na ten temat. Faktem jest jednak, że to właśnie po tamtym wypadku Zombie tak bardzo podupadł na zdrowiu i stanie psychicznym.
Obecnie McKinsky zajmuje się głównie przyjmowaniem gości, jak to określa. Odpowiada za kontakty z dowództwem służb policyjnych oraz urzędnikami. Czasami odwiedzają go również ludzie mafii, płacąc za przymykanie oczu, jeśli w grę wchodzi naprawdę duży interes. Te drobniejsze sprawy gangsterzy załatwiają z policyjnymi płotkami, a Zombie mimo wszystko wciąż jest rekinem, chociaż bardzo już ociężałym i schorowanym.

3) starszy aspirant Jacob Upper

– Moich uszu doszły ostatnio pewne niepokojące informacje, z których wynika, że niepochlebnie wypowiadałeś się na temat osób o innym kolorze skóry oraz na temat matek tych osób. Przyjrzyj mi się uważnie, człowieku. Zauważasz jakieś istotne różnice, białasie? Para oczu, para uszu... No, faktycznie, mam fiuta dwa razy większego niż ten twój śmieszny pędzelek. Wiesz, dlaczego wspominam o różnicach? Bo kiedy z tobą skończę, rzeczywiście będziemy nie do poznania. Mówiąc ściśle, ty nie będziesz przypominał istoty ludzkiej. A wiesz, dlaczego napomknąłem o swoim fiucie? Bo za chwilę przebiję nim twoją żonkę na wylot, a ty będziesz się temu przyglądał. Potem ona popatrzy sobie, jak ucinam ci chuja tym oto nożykiem. I zgadnij, którego z nas będzie wspominała po latach jako lepszego partnera seksualnego?
Nie daj się zwieść jego szerokiemu uśmiechowi i postawie wiecznego stoika. To chyba najbardziej niezrównoważony psychopata w tym rewirze. Ludzie do tego stopnia boją się czarnoskórego policjanta, że nawet nigdy o nim głośno nie wspominają. Starają się nie robić tego także w myślach, ponieważ jego nazwisko od razu nasuwa skojarzenia z brutalnymi torturami, w których aspirant Upper jest prawdziwym specjalistą. Nic nie sprawia mu większej przyjemności jak fizyczne i psychiczne znęcanie się nad swoimi ofiarami. Interesuje go tylko ten aspekt, łapówkarstwo i interesy na boku zostawia innym.
Najgorsze jest to, że Upper na pierwszy rzut oka wydaje się miłym gościem. Wysoki, dobrze zbudowany goli głowę do gołej skóry, przesadnie dba o higienę i elegancję. Podczas rozmowy wzbudza zaufanie, jest rzeczowy, uważnie słucha i odpowiada z sensem. Głębokie, intensywne spojrzenie nie zdradza żadnych oznak szaleństwa. Ale ono jest. Starannie pielęgnowane rośnie pod kopułą czaszki Uppera jak zły, morderczy kwiat.

4) starszy aspirant Michael „Barraka” Woods

Barraka zaprzedał duszę diabłu. Pieniądzom. Z jego usług korzystają chyba wszyscy gangsterzy w mieście, a w swoim mieszkaniu trzyma mnóstwo różnego rodzaju luksusowych towarów, którymi hojnie obdarzają go ludzie mafii. Woods uwikłany jest w większość ciemnych interesów. Skłonności do mataczenia odziedziczył również jego syn: chłopak ma 19 lat i kreci się w środowisku drobnych dilerów.
Ten policjant jest najważniejszym ogniwem w łańcuchu: zna wszystkich, wie w co się angażować, które akcje mogą okazać się dochodowe a które są niepotrzebnym ryzykiem, ponad to ma pod sobą kilku ludzi, którzy traktują go wręcz jak ojca. Woods to wielki intelekt i siła w jednym, dlatego jest tak cenny dla gangsterów.

5) młodszy aspirant Jonathan Vega

– Cześć mała. Masz ochotę na drinka? Widziałem już wiele niezłych suczek w tym barze, ale ty bijesz rekordy. Pieprzył cię kiedyś glina? Tak, jestem gliną. Zdziwiona?
Wyszczekany cwaniaczek, krętacz i kobieciarz. Vega uzależniony jest od prochów, najbardziej ceni sobie amfetaminę i różne kwasy. O ile tę pierwszą trudno jest zdobyć, o tyle kwasami faszeruje się praktycznie bez przerwy, również na służbie. Barraka często musi wyciągać go z różnych tarapatów, tuszować popełniane przestępstwa. Mając taką protekcję Vega czuje się bezkarny, a jego ulubiony sposób działania to wymuszenia i szantaże. Najbardziej interesują go kobiety: policjant upatruje sobie w barze niewinną ofiarę i zastrasza, że może oskarżyć ją o prostytucję albo handel dragami. Później zaprasza dziewczynę w ustronne miejsce i gwałci. Wszystko zawsze uchodzi mu na sucho. Barraka toleruje zaś jego wybryki, ponieważ ma w nim dobrego, godnego zaufania kompana.

6) młodszy aspirant Desmond „Spider” Coldman.

– E, chłopaki, mówię wam, wrzućcie trochę luzu. To bez sensu tak wrzeszczeć na siebie, panienka chyba troszkę się wystraszyła. Po chuj wam te nerwy? Za mało ich mamy? Halo, dziecinko, słyszysz mnie jeszcze? Strasznie zmasakrowali ci buzię. Nie martw się, to dobrzy nie ludzie, tylko czasami im odwala. Rozumiesz, stres zawodowy. To jak będzie, pogadasz ze mną? Do dupy z przesłuchiwaniem, chcę tylko pogadać...
Spider to niecodzienny policjant. Z zachowania i stroju przypomina hipisa, ale jest w tym nieco sztuczności. Jest tak wyluzowany, że aż spięty. Często przypala trawę i właściwie do niczego innego się nie nadaje, oprócz tego, że ma dużo kontaktów w półświatku. Chociaż wciąż zgrywa niewiadomo kogo, to zwykły tchórz. Za bardzo boi się swoich przełożonych (a nawet podkomendnych), by cokolwiek w ich postawie krytykować. Na dłuższą metę nieszkodliwy.

7) posterunkowa Cynthia Froster

– Kurwa, co za jebany idiota. Myślał, że jak się do niego ładnie uśmiechnęłam, to od razu może mi zaufać i wszystko wygadać. Frajer. Odpłaciłam mu za tę głupotę. Przypierdoliłam z krzesła. Trochę za mocno. Słuchajcie, trzeba coś zrobić z ciałem...
Z wyglądu aniołek, z natury niezrównoważona sadystka. Swoją pracę w policji rozpoczęła od katowania aresztantów za byle przewinienie, czym szybko zdobyła sobie uznanie Uppera. Ma zamiar szybko wybić się na wyższy stopień, więc daje dupy komu popadnie i nie wprawia ją to w żadne zakłopotanie. Największą przyjemność sprawiają jej działania w terenie, czyli zastraszanie i wymuszanie haraczy.

8) posterunkowy Simon North

– Co? A ja tam nic nie wiem? Że niby jak? A gdzie tam! Że cooo?
Osobnik pokroju „ja tutaj tylko sprzątam”. Kompletny przygłup, ślepo zapatrzony w swoich starszych rangą kolegów. Specjalista od „patrzenia w drugą stronę”, gdy coś się dzieje. Dzień, w którym North komukolwiek pomoże, będzie dniem apokalipsy.

Dlaczego tak wiele miejsca poświęcono opisowi powyższych bohaterów? Odpowiedź jest oczywista. Policjanci będą bardzo ważnymi personami. Podczas spotkań czy rozmów gliniarze powinni robić na BG dobre wrażenie, niech wszyscy biorą ich za porządnych bohaterów. Prawdę trudno usłyszeć również z ust mieszkańców Nowego Jorku, gdyż ci zwyczajnie boją się kapować.

Przysługa

Zagadkowe słowa Barraki o tym, że BG się do czegoś nadają, wyjaśni na osobności funkcjonariusz Vega. Swoją przemowę rozpocznie kilkoma pochwałami, wytłumaczy, iż Gracze idealnie nadają się do rozwiązania pewnego drobnego problemu. Jako przyjezdni nie wzbudzą żadnych podejrzeń, podczas gdy policjanci mogliby mieć spore trudności. Zadanie jest bezpieczne, szybkie i proste jak konstrukcja łopaty. Drużyna, oprócz oczywistej wdzięczności, może liczyć na nieduże honorarium o wartości stu gambli do podziału. Poza tym, jak wyrazi się Vega, po wykonaniu zlecenia można pomyśleć o dłuższej współpracy, a on sam wiele rzeczy może w mieście ułatwić. Jeżeli BG sprzeciwią się temu pomysłowi, Vega ze sztucznym ubolewaniem stwierdzi, że w takim razie trzeba bardziej szczegółowo przyjrzeć się awanturze w Dobrych Czasach. Jest to delikatna sugestia, że jeśli odmówią współpracy, mogą ich czekać duże nieprzyjemności.
Samo zadanie faktycznie nie wygląda na specjalnie skomplikowane. Otóż, w okolicy pojawił się diler. Facet od co najmniej tygodnia rozprowadza towar przy knajpach i podrzędnych spelunach. Chociaż policja ma w trzeciej strefie kilku informatorów, żadnemu z nich nie udało się zlokalizować handlarza. I to właśnie muszą zrobić Gracze: namierzyć dilera, na miejscu odpowiednio go „upomnieć” i poinstruować, aby zaprzestał tego haniebnego procederu, a cały towar skonfiskować i dostarczyć na posterunek. Jedyna, choć niepotwierdzona informacja na jego temat: prawdopodobnie porusza się czerwonym, zżartym przez rdzę sedanem.
Działać należy dyskretnie i po cichu. Zbytnia dociekliwość mogłaby zwrócić na Graczy czyjąś uwagę i podejrzliwość. Ponieważ narkotyki są zakazane, ludzie wolą nie pakować się w podobne rozmowy. Niemniej odnalezienie handlarza nie powinno być trudne. Wystarczy umiejętnie wkraść się w łaski jakiejś bardziej „wyluzowanej” klienteli. Niektórzy bywalcy barów znają dilera: to Murzyn o pseudonimie Tiger. Zazwyczaj można go spotkać w Rozpustnym Aniele, dość znanej knajpie na Harlemie.
Rozpustny Anioł znajduje się w dawnym kościele. Przyciąga głównie młodych ludzi, ponieważ niemal każdego wieczoru odbywają się tam punkowe koncerty. Konstrukcja budynku łączy się z dobrą akustyką, jest dużo miejsca do skakania przy ostrych rytmach. Ogrzewanie zapewniają duże, żelazne beczki, w których rozpalany jest ogień. Menu prezentuje się dosyć ubogo: króluje tzw. „atomówka”, zanieczyszczony różnymi chemicznymi świństwami bimber. Pije się to całymi litrami, po imprezach podłoga zarzygana jest do tego stopnia, że nie ma gdzie postawić nogi. Obyczaj nakazuje, aby każdego, kto odpadnie po atomówce, zostawić w miejscu, gdzie zszedł. Delikwent budzi się następnego dnia (o ile w ogóle się budzi), mocno poturbowany, ze śladami niezliczonej ilości podeszew na całym ciele.
Wizyta w tym miejscu może zostać urozmaicona dodatkowymi atrakcjami: bijatyka z trójką narąbanych punków, szybki numerek z narąbaną punkówą, dyskusja filozoficzna z narąbanym barmanem. Jeden z Graczy może zostać wciągnięty w „atomówkowy wir”, zmuszony do picia przez grupę kilkunastu chłopa. Trudno się z tego wywinąć bez poważnych obrażeń zarówno fizycznych, jak i psychicznych.
Tiger to szczupły, muskularny facet z równo przyciętą bródką i złotą bransoletką na nadgarstku. Ma zaparkowany samochód w bocznej uliczce. Wszystkie transakcje odbywają się w jego wnętrzu, na przednich siedzeniach. Diler jest czujny i podejrzliwy, doskonale wie, ile ryzykuje. Jeżeli zwietrzy coś podejrzanego, naciska nogą ukryty przycisk – w tym momencie przez ciało kontrahenta przepływa prąd z ukrytego za fotelem akumulatora. Akumulator podłączony jest do siedzenia pasażera, w które wmontowano niewidoczne druciki. Ten wynalazek Tiger nazwał „Tronem Uwędzonego Białasa”, czasami musi z niego korzystać. I tak też zrobi, gdy rozmawiający z nim Gracz wsypie się albo zacznie się agresywnie zachowywać. W zależności od rozwoju sytuacji, może okazać się, iż dojdzie do pościgu albo walki. Istnieje jeszcze jedna alternatywa: BG jakoś się z nim dogadają, wezmą tylko część towaru, a samemu Tigerowi zalecą ukrycie się na jakiś czas. Wówczas zyskają sobie wiernego przyjaciela, który wytłumaczy, że musi handlować prochami, aby zdobyć lekarstwa dla swojej chorej córeczki. Taki kompan okazałby się cennym nabytkiem w dalszej części scenariusza.
Wariantów jest wiele, ale finał może być tylko jeden: walizka z narkotykami ma trafić w ręce funkcjonariusza Vegi. Gdyby Gracze wpadli na pomysł, aby zatrzymać ją dla siebie (dużo prochów dobrej jakości, nawet czysta kokaina), policjanci prędzej czy później dorwą Drużynę. A wtedy będzie bardzo nieprzyjemnie. Lepiej odwieść ich od takiego pomysłu. Po wykonaniu zadania BG otrzymują umówione wyrazy wdzięczności oraz zapłatę (np. w podzespołach elektronicznych). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie...

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Allowed HTML tags: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.

Więcej informacji na temat formatowania

CAPTCHA
Poniższy test ma za zadanie zablokować roboty sieciowe przed rejestrowaniem się oraz przed dodawaniem odpowiedzi.